Kategoria: Edycja Piąta

Aresztowani

Już od świtu po mieście krążyła plotka o dwójce aresztowanych. Nikt jednak nie znał szczegółów. Mówiono, że na głowach worki mieli i prowadzeni byli, niczym bydło. Inni mówili, że jeno powiązano im ręce, ale, że ciemno, to nie poznali. Jeszcze inni twierdzili, że przez konie ich przewieszono. Nie wiadomo, kto miał rację.

Jednak popołudniu już nikt się tym nie przejmował i prawdy nie dociekał, gdy na tablicy przy miejskim depozycie pojawiło się ogłoszenie. Plotki zmieniły się w żywy gwar, a mieszkańcy kolejno poczęli odczytywać jego treść.

„Niniejszym ogłasza się co następuje.

Dnia 2 czerwca 1272 roku odbędzie się wykonanie wyroku na Placu Wolności o godzinie 21:00 dwójki skazańców.

na dole widnieje pieczęć Sądu Najwyższego Emersvort”

– I nic więcej? Nie podali kto? Ani za co? – prychnęła kobieta w średnim wieku. Dłonie splotła elegancko przed sobą, spoglądając na swego męża.

– Mhm. Nic więcej. – odparł mężczyzna, który wyglądał na znacznie starszego od niej.

Ta zaś machnęła dłonią, znów spoglądając z pogardą na tablicę. Poprawiła drobny kapelusik na sztywno upiętych włosach i na męża wzrok ponownie przeniosła.

– I dobrze, powiadam Ci. – rzekła po chwili – Sprawiedliwość ich pewno dosięgła. I jako prędko! – rzekła swym zwyczajowym tonem, nie znoszącym sprzeciwu.

– Mhm. – ten odpowiedział w odruchu. – Wracajmy do domu. Tym się przyjrzymy w czwartek.

– Żeby chociaż podali jak… – westchnęła jeszcze na odchodne, biorąc męża pod ramię.

Opowieść

Szpakowaty mężczyzna srebrną monetę na stole położył i oszczędnym gestem przywołał dziewkę.

Po krótkim zamówieniu usiadł wygodnie i zaczął oceniać. Obiekt jego zainteresowań siedział naprzeciwko, szeroko uśmiechnięty, jakby dumny, z wiarygodnością nie miał on wiele wspólnego, ale ów szpakowaty musiał to sprawdzić. Gdy potrawy i beczułka piwa pojawiły się na stole, podjął spokojnym głosem:

– Tak, słyszałem waszą historie, fragment jedynie. Lecz chciałbym ją poznać lepiej, że tak powiem u źródła. Zacznijcie może od początku, panie rybaku.

– A więc to było tak – rybak zwany Kolczym drewnianą łyżkę chwycił i rozgadał się na dobre – od dawna pływam na łowiska obok tamtych elfich ruin, wiecie. Kiedyś to czasem jednego żem widział, czy dwóch albo wcale, ale ostatnio jakby armia jakaś szyszata tam – machnął ręką- dlatego mało kto tam kiedy pod brzeg się zapuszcza, bo niebezpiecznie, wiadomo. Więc ryb dużo, no i ostatnio na łososia się zaczaiłem, ale jak na złość same śledzie, jeden halibut czasem i…

– Pomiń, że tak powiem, ten fragment, idźmy dalej. – przerwał mu szpakowaty, nalewając sobie piwa.

– A tak – kiwnął, przełykając potrawkę – więc tak ze dwie godziny minęły może i nadal ino śledzie, a zamówienie na łososia miałem i…

– Pomiń.

– …odpłynąłem nieco i zanętę zmieniłem, bo te chędożone łososie nie chciały ni chuja brać…

– Pomiń.

– I wtedy nadpłynął statek i..

p>- Jaki statek ? – mężczyzna głowę uniósł i łyżkę odłożył – Duży? Drakkar? Jaka flaga? Nilfgaard? Lojalisci? Piraci? Banderę, że tak powiem miał? – zasypał rozmówce pytaniami.

– A to mnie skąd wiedzieć? Zwykłe, no jakaś łajba mała…. Chciałbym taki mieć, zbieram od lat, ale wiecie jak jest… – spojrzał na mężczyznę wymownie – Rybacki statek, żadne wojenne, panie. Żadne oznaczenie, ino sieci i wędki. Ja się znam, no ale podpłynęli raz, a uszate ich strzałami zasypały. Tamci z kusz napierdalali, darcie słychać było z dala. Wskoczyły na pomost nie raz, by wnet uciec! Kilka razy próbowali, ale dupa zbita. Kilku padło chyba, elfy zacięte były bardzo, no ale w końcu udało im się. Przycumowali przy starej wieży i tam atak się zaczął…

– Ilu? Jak wyglądali? Barwy mieli? W jakim języku mówili?

– A w tutejszym, naszym, a ilu hmm… no dużo. Ze siedmiu najmarniej wyskoczyło, we zbrojach cali, ze trzech niskorosłych naliczyłem. Jeden żem widział nie bił się, człowiek, we błyszczącej zbroi jak psu jajca. Pewno dowódca czy oficer jaki albo co. Z tyłu stal cały czas… W każdym razie bitka sroga się zaczęła, szyszkojady nie dały sobie w szyszkę dmuchać – tu rybak zarechotał ze swego nieśmiesznego żartu – ale odstąpiły w końcu. Tamte zbrojne pomost i plaże opanowały, a dalej nie wiem ale… nie minęło dłużej niż mnie zholowanie halibuta i wnet uciekać poczęli na statek i odwrót nakazano. Ja żem wtedy odpłynął, co by nie mieć jakiej zwady…

– W którą stronę odpłynęli? Że tak powiem gdzie?

– A ja nie wiem… Czym prędzej za wiosła żem złapał i w stronę stolicy płynąłem ile sil w rękach, a tamte w drugą odpłynęli.. Ale mówię wam, panie, elfy wkurwione mocno były. Z dala słyszałem tę ich dziwna mowę i okrzyki, jakby zwycięstwa.. Hmm to jak będzie z tymi srebrnikami? Wedle umowy? – Opisz mi jeszcze, że tak powiem…tego dowódcę…

Las pod Zarzewiem

Plotka głosi, jakoby w ciągu jednej nocy wyrósł cały, wielki las. Inni do plotki dokładają, że las jakoby ma mieszkańców, rolników z siekierami, sierpami i kosami, lecz nie zbierają oni zboża, nie rąbią drewna. Szukają za to niegrzecznych dzieci i niewiernych mężów. Wielu ciekawskich, których do lasu wyruszyło nie wraca, a Ci, którzy wrócili plotki potwierdzają. Zaś sam las zwą „Labiryntem”.

W ciemne wieczory zaś mówi się o jakiej maszkarze, co po owym labiryncie się pałęta. Nie wiadomo cóż to za stworzenie. Szybkie jest niesłychanie i nim ktokolwiek się przyjrzy, znika nagle „w ostrym cieniu mgły”.

Noc a nocą …

Noc jak każda inna. Księżyc nie świecił jakoś wyjątkowo jasno, ani chmury nie spowiły świata w wyjątkowych ciemnościach. Noc jak noc. Los uczy nas jednak, że zwykłe chwile mogą stać się bardzo wyjątkowe. Podczas zwykłej wizyty w karczmie, można stracić życie. Podczas przechadzania się świetnie znaną ścieżką, można odnaleźć coś nowego. Taka właśnie była ta noc. Zwykła lecz wyjątkowa. Zaczęło się niewinnie. W Zarzewiu psy ujadały, w Dorzeczu kury zbudziły się i poczęły w kurnikach harmider robić taki, jakby co najmniej lis je tam żywcem obdzierał ze skóry. Zarówno mieszkańcy Zarzewia jak i Dorzecza odczuli wstrząsy ziemi pod stopami. Stłukło się parę dzbanków i butelek, które nieopatrznie stały za blisko krawędzi stołu. Niebo rozjaśniły blaski, niczym w straszliwą burzę. Już rano rozpoczęły się plotki, jakby owe pioruny nie spadły z nieba, lecz z ziemi w górę, by łuk zatoczyć na nieboskłonie i znów w ziemię uderzyć. A i wszystek piorunów to jeno w konkretne miejsca spadł i nigdzie indziej, chodź tu plotka nie jest już tak spójna. Jedni wskazują jedno miejsce, inni drugie, a trzeci, że to wina sąsiadki, bo ma brodawkę na nosie, więc mus, że wiedźma.

Krasne interesy

Niedzielny dzień niczym nie różnił się od poprzednich. W powietrzu czuć było ledwo przybyłą wiosnę, wszak cieplejsze powietrze w końcu zawitało w Srebrogórzu. Jednak w stolicy, przy jednym z pokaźniejszych budynków zaczął się wzmożony ruch.

Wjechały nań wozy wypełnione przeróżnymi szafami, stołami, skrzyniami i piecami. Skrzynie owe tak ciężkie były, że tragarze, aż plecy prawie sobie łamali przy ich wnoszeniu.

Plątali się przy owym budynku, wnosząc coraz to dziwaczniejsze rzeczy.

Aż od portu dało się słyszeć wrzaski i krzyki. Nie były to dźwięki pełne strachów, acz dźwięki pełne rozkazów i poruszenia. Pod budynek podjechał największy wóz, a na nim stał piękny i ogromny, biały posąg.

Postawiono go tuż przy schodach, wielu niewolników i tragarzy usiłowało ustawić go jak należy, a gdy już skończyli dzień miał się ku końcowi.

Pokaźny tłum nieludzi przeszedł ulicami miasta, ale nie dało się słyszeć obelg, ni wyzwisk od mieszkańców. Raczej zdziwienie. Zaskoczenie.

Nieludzie zajęli umeblowany wcześniej budynek. Każdy z nich miał swój tobołek, z własnymi, prywatnymi rzeczami. Rozgościli się prędko w nowym domu.

Międzyczasie na ulicach rozległy się plotki.

– Mówio, że nieludzie się tu wniosły! – jeden z mieszczan, aż przystanął, gdy ulicą spacerował z przyjacielem od interesów.

– A no wniosły, wniosły. Po posągu poznać można. Przynajmniej to nie ylfy. – ten drugi odpowiedział, przystając przy koledze.

– A ja żem słyszał, że ponoć nasza Gildia Kupiecka jaki kontrakt ze krasnoludami podpisała! – wtrącił się inny, który również obok wielkiego posągu przechodził, aż się zatrzymał, słysząc rozmowę dwóch pierwszych.

– Co wy mówicie! Jakiż to kontrakt? – zaintersował się żywo ten pierwszy, jako że gdy o pieniądze chodziło, to zawsze słyszął wszystko.

– A ja to nie wiem na co. Ale okręt co ich przywiózł to ponoć mahakamskie znaczenia miał na żaglach. Ale co ja tam wiem… – mruknął na odchodne, machnął ręką i poszedł w swoją stronę.

Długie noce

W godzinach nocnych, na ulicy kruczej, okolicznych mieszkańców z snu wyrwały krzyki. Ci od razu do okien podeszli, wyglądając przez nie na ulice. Niektórzy z nich, ci odważniejsi, wyszli z domów. Wtem straż przybiegła. zaraz kolejni strażnicy i jeszcze kolejni. W końcu i jakiś rycerz w rynsztunku bojowym na miejscu sie zjawil. A skryte promienie dopiero budzącego się słońca, zaczęły rozświetlać miejsce tragedii. Były to ciała 3 dobrze uzbrojonych strażników, zmasakrowane i rozwleczone po całej długości ulicy.

Tego samego dnia, wczesnym popołudniem, przez bramę wschodnia, przyjechał konno posłaniec, galopem wręcz, widać że spieszno mu było. Minął bez słowa straż która już z daleka otworzyła mu bramy a on sam udał się w kierunku zamku, tylko nieznacznie zwalniając w ulicach miasta.

Kiedy promienie słońca, zaczęły powoli zanikać na horyzoncie, jeszcze w swym ostatnim blasku muskając dachy budynków, kolumna wojska stanęła u bram miasta. Miecze, piki, halabardy, łuki i kusze poprzeplatane ciągniętymi przez konie wozami zaopatrzeniowymi, A za nimi oddziały kawalerii w pełnym rynsztunku. gwałtownie weszły do miasta. Na ulicach zapanował chaos.

Złotospady nie mogą czuć się bezpiecznie…

10.03.1272 r.Brzegówek

We wsi pod stolicą, w tajemniczych okolicznościach zniknęła młoda pasterka. Mieszkańcy opowiadali o strzępkach ubrań i zagryzionych owcach owej feralnej nocy.

Była to młoda kobieta, która całym sercem kochała owce, opiekowała się nimi w każdej wolnej chwili. W dniu zaginięcia nie wszczęto od razu poszukiwań, gdyż miała w zwyczaju nie wracać do domu, kiedy trzeba było owcami się zająć, czy to choroba je trawiła czy rana jakaś męczyła – potrafiła całe dnie spędzać na pastwisku.

14.03.1272 r.Emersvort

W miejskich parku w Emersvort doszło do dwóch brutalnych morderstw. Kobieta i mężczyzna – według zeznań świadków byli to ogrodnicy, którzy opiekowali się roślinami w parku.

Wieś Polna

Straż znalazła zmasakrowane zwłoki jednego ze strażników, którzy niewielkim oddziałem przybyli do Polnej dzień po alarmie niedawnym – natychmiast wszczęto poszukiwania sprawcy.

17.03.1272 r.Kopalnia niedaleko Emersvort

Czterdziestoletni górnik z piętnastoletnim stażem został odnaleziony przez swych kolegów z nocnej zmiany, po tym jak wyszedł do magazynu po narzędzia. Straż, próbując uspokoić mieszkańców pobliskiej wsi oraz górników, skierowała część swoich sił do ich ochrony. Pojawiły się różne pogłoski na temat owych wydarzeń.

18.03.1272 r.Okolice Emersvort

Pogłoski przybrały na sile. Jedni mówili o Rzeźniku z Zarzewia, inni o elfach. Byli też tacy, co wierzyli, iż to jakaś potworzyca… Co plotka, to zmieniała się ilość ofiar. Plotki jednak ucichły w godzinach popołudniowych, kiedy to ilość straży podwoiła się. Patrole, posterunki, niemal na każdym zakręcie, w każdej uliczce, w każdym zakamarku. Ludzie ze strachem w oczach zaczęli po sobie spoglądać, jeden na drugiego podejrzliwie łypał. Poranne pogłoski jednak ustały, a na ulicach dało się wyczuć napięcie. Na ulicach zrobiło się cicho. Niepokojąco cicho. Każdy szmer zdawał się rozdzierać powietrze. Wieczorem zaś, miejski wołacz przechodził ulicami Emersvort, obwieszczając najnowsze rozporządzenie:

“Z dniem 18.03.1272 roku wprowadza się obowiązek używania lamp lub pochodni po zmroku. Za nieprzestrzeganie zasad od dnia 20.03.1272 r. będzie nakładana grzywna.”

Morderca Z Zarzewia

Było to spokojne popołudnie w podzarzewskiej wsi, niedziela jak każda inna. Mieszkańcy zaczęli przygotowywać się do pory obiadowej. Na stołach już pojawiały się miski z obfitym jedzeniem, dzbany miodu pitnego i garnce pełne gorącej strawy. Wtem spokój owego popołudnia przerwały donośne wrzaski.

– Zamordowali ją! Zamordowali ZOOOOSIĘ!!!

Niemal wszyscy oderwali się od posiłku, zostawiając na stołach jeszcze ciepłe, parujące dania i wybiegli ze swych domów. Jeden złapał za widły, co były pod ręką, ktoś sztućce już brudne z resztkami jedzenia od obiadu chwycił i wybiegł, jeszcze inni w te pędy po straż zarzewska pobiegli. Po krótkiej chwili grupa straży wybiegła ze strażnicy w kierunku wsi, a młoda pastereczka w panicznym szlochu, z łamiącym się głosem. wskazała miejsce znalezienia swej przyjaciółki, z którą to opiekowała się owcami. Znały się co najmniej ze 3 lata i zżyły się wielce, spotykały się niemal codziennie w karczmie “Pod Błękitnym Niedźwiedziem”, gdzie często przesiadywały po ciężkim dniu. Plotkowały i zabawiały się wzajemnie, w uśmiechu radości i uścisku prawdziwej przyjaźni. Były prawdziwymi duszami towarzystwa podzarzewskiej wsi. Młoda kobieta osierociła 5 letnie dziecko, którym zaopiekowali się pogrążeni w rozpaczy rodzice i przyjaciele.

Oddział zarzewskiej straży wsparty ochotnikami rozpoczął pościg za sprawcą tejże okrutnej zbrodni.

Na Front

W domu młodego podporucznika rozległo się głośne walenie do drzwi. Obudził się gwałtownie, przetarł oczy prędko i zerknął na swą śpiącą żonę, czy aby i ona się nie zbudziła. Widząc, iż ta wciąż śpi spokojnie, wstał pospiesznie z łóżka, gdyż czuł gdzieś w środku, iż owe pukanie nie zwiastowało niczego dobrego. Nałożył koszulę niedbale, zapinając krzywo kilka guzików, a następnie udał się, aby owemu niecierpliwemu drzwi otworzyć.

– Podporuczniku aep Bradhich! – zasalutował młody rekrut, którego szkolił na kilku treningach. – Pilna wiadomość od kapitan aep Anael Colrys. – wręczył podporucznikowi list z wojskową pieczęcią, z nadgorliwością typową dla świeżaka, który perfekcyjnie zadanie swe pragnie wykonać.

Ten zaś skinął do młodego, pozwalając mu się oddalić. Rekrut zasalutował raz jeszcze, stuknąwszy obcasem o drewnianą podłogę tarasu i oddalił się prędkim krokiem.

Młody mężczyzna usiadł na fotelu, odpieczętował co w ręku trzymał i list czytać powziął. Z każdym słowem odczytanym, brwi jego coraz bardziej się ściągały.

Rozkazy przyszły niespodziewanie. Wtargnęły do domów żołnierzy tuż przed świtem, gdy noc jeszcze ciemną kołderką świat otulała, z wolna ustępując jaśniejącej poświecie dnia. Wielu jeszcze na wpół śpiących mundur i zbroję przywdziewać powzięło. Wielu z rodzinami się pożegnać nie zdążyło. Wielu w pośpiechach domy opuściło. Bo prędko trzeba było ze stolicy wyruszać.

Z samego rana, gdy miasto jeszcze spało, niewielki oddział żołnierzy wyruszył na front.

Zachodnie Słońce

Błyski na horyzoncie w pierwszej chwili zaalarmowały straż portową i celną, którą zaraz w stan gotowości postawiono. Dopatrując się w tym zjawisku działania sił magicznych zapobiegawczo posłano i po nadwornego czarodzieja. Ku zdziwieniu ogólnemu na miejscu go jednak nie zastano, choć legenda głosiła przecież, iż zamknięty był klątwą albo i aresztem w najwyższej komnacie tej najwyższej, zdobionej srebrem i złotem, wieży w stolicy.

Migotliwy lęk portowców z czasem przybrał inne kształty. Wymalował się wyraźniej, konturami okrętu o nieco poszarpanych, zielonkawych żaglach, zdobionych złotem na burcie – i jak się zdaje – nie tylko na niej. Dziób okrętu przez fale prowadziła nie kobieta zaklęta w drewnie, a wąż z głową zakrytą egzotycznie zdobionym hełmem. Wąż owy, pręgowany był barwą i majestatycznymi żłobieniami, choć ciosany kanciasto. Było w tej sztuce coś imponującego, zatrzymującego wzrok ciekawością i czymś niespotykanym, nietypowym. I tu nie brakło gładkości złotych elementów, rozpraszających promienie słońca, odbijających je jak rozkołysane grzbiety fal w letnie południe, oślepiające wzrok ową świetlistą grą.

Zahrat Alsahra zacumował nieopodal Emersvort, we wtorek po południu, 22 lutego roku 1272, czekając na zezwolenie służb celnych do zadokowania w porcie.