Kategoria: Edycja Piąta

Zemsta zaświatów

– No, ale co ja mam w raporcie napisać? Że co? Że ludzi duch zjadł? Kurwa, człowieku, gadaj no z ładem!

– Panie Kapitanie, kiedy to najprawdziwsza prawda jest! Z Dorzecza wyłazi to nocą i pod obozy podchodzi! Patrole morduje! Sam żem widział. Ale uciekłem! …znaczy tego no, dokonałem taktycznego odwrotu.

– Pierdolę… wpiszę, że jakieś monstra dziesiątkują nam patrole i żeby maga albo innego wiedźmaka przysłali. Jakby kto pytał, żadnych duchów nie widziałeś! Jeno stwora… a kto wie… może to faktycznie jakaś bestia…

– Panie Kapitanie… ale te duchy to mówiły jak ludzie…

– Co mówiły?

– Że to nasza wina…

Czas wojny

– Gadał, że Nilfgaardczyki ludzi mordowali we Dorzeczu. Bezbronnych takich! Żywcem ich palili! Że Diuk to życie własnych ludzi ma w dupie… ale tako ładnie, dupie nie mówił, tylko jakie insze słowa. No wieta, szlachcic, to gadać umi.

– Ta! Szlachcic, to żem na służbie był wtedy i zamknąć nie lza szlachcica, to mnie Gandir wysłał na zamek powiedzieć, że szlachetny aep Briten gada na placu. Że oni na zamku będą wiedzieli, co gada. Tom poleciał.

– No i co no i co?

– No nic… Powiedzieli na zamku, że go nie ruszać, bo najprawdziwszą prawdę gada. A pan Thorren to sam by pewnie dorzucił do tego, co pan Aep Briten gada. Bo ludzi jego martwych znaleziono w Dorzeczu, co wysłani byli, co by tam sprawę zbadać mieli i że nie tylko chłopów mordowano tamoj wtedy, ale i szlachcica! Szlachcica ze samego Nilfgaardu!

[…]

26 październik 1272 r. miłościwie nam panującego Diuka Vadenkampa – Emersvort

– Na Wielkie Słońce! Wnieście go tutaj! – prędkim ruchem podniosła się z krzesła i wskazała drzwi do salki. – Połóżcie go na łóżku.

Dwaj mężczyźni w nilfgaardzkich opończach wnieśli bezwładne ciało do pomieszczenia i położyli we wskazanym miejscu.

– Doktorze! – wrzasnęła wręcz gdzieś za siebie.

Do izby wkroczył miejscowy lekarz, nachylił się nad pacjentem i niemal od razu wyprostował.

– Nie ma czego ratować. Zgon. Jak mniemam na miejscu. – spojrzał na strażników, którzy ów pacjenta wnieśli. – Dlaczego taki poparzony? – widać było jego poddenerwowanie.

Strażnicy spojrzeli po sobie. Westchnęli ciężko.

– Żona jego w połogu leży. Ledwo mu się syn urodził, pierworodny, a jakże! A już półsierotą został… Jak ja powiem to Annie? – potarł dłonią swe spocone czoło, uprzednio hełm zeń ściągając. Zaraz weszło dwóch kolejnych, niosąc drugie ciało. Ułożyli je na innym wolnym łóżku. Przy tym zraz było widać, że nie żyje. Poszarpany. Poparzony. Lico zakrwawione. Brak dłoni prawej.

Doktor spojrzał na strażników, wyprostował się i zmierzył ich wzrokiem.

– A ten? – dłonią drugie ciało wskazał. To trudne do zidentyfikowania.

– Szaleniec. Szaleniec, powiadam! Lojalista z pewnością! – odparł ten sam strażnik, który i wcześniej przemawiał. – Odpowiedzą za to! Odpowiedzą! – warknął z wściekłością.

W godzinach wieczornych w Emersvort, tego jesiennego dnia stała się tragedia.

Pomór i wojna

Gdzieś pośród zarzewskich kłosów pszenicy:

– Kuzyn mówił, że tam o na polnej to takoimy zaraze maja.. – z nogi na nogę przeszedł.

– No i dobrze kurwiom tak! Pewnikiem to ichnia robota i sami se wdepli we własne gówno!

– Ciekawem czy jako u nas kozy z trzema rogami się legna u nich..

– A tego to nie wiem, ale znowu krowa padła wczoraj z rana -westchnał ciężko bardzo.

– A niech pada, byleby u czarnych dwie padly

– Co ty bredzisz Stachu…

– Jak ty cos palniesz , tak się nie godzi!

– Właśnie, ja na Polnej siostrę i babkę mam, ale dawno nie widziałem.

– Ja podobnie, ino w Dorzeczu…miałam..

– Chędorzona wojna ..

– No, w końcu żeś co Stachu mądrego powiedział.

***

– NIE PODCHODZIC DO NAMIOTÓW – ryknął zbrojny z piórami na helmie. – TAM CHORZY SĄ!

Ciekawski wieśniak prędko cofnął się i schował w tłumie z którego wnet zaczęły sypać się pytania:

– Jak to chorzy?

– Co panie rycerzu mówicie?

– Od zwierząt pochorowani?

Zbrojny z wystawiona dłonią zbliżył się do wieśniaków i zaczął przemawiać:

– Mieszkańcy Polnej, słuchajcie no mnie uważnie a i to co powiem przekazujcie dalej. Doszły was pewno słuchy o zarazie w górach co trzodę trzebi. Niechaj będzie wam wiadome że to celowe działanie lojalistów, zdrajców, co na swoich wpierw truciznę wypróbować chcieli, by ulepszoną zarazę na nas wysłać. Zarazę co to nie tylko zwierząt ale i ludzi się ima ALE ALE spokojnie, spokojnie.. cisza no, CISZA KURWA! Nie skończyłem..- odczekał chwile aż pomruki , zawodzenia i modlitwy ustały- Otóż pragnę was zapewnić że sytuacja opanowana! Chorzy zostaną przetransportowani w bezpieczne miejsce, i wrócą do zdrowia, Macie tutaj worki z pasza nasączone lekami, przygotowanymi przez najlepszych medyków i alchemików oraz wzmocnione siłami Nadwornego Czarodzieja. Nakarmcie nimi zwierzęta, a zaraza wygaśnie w nie dalej jak tydzień! I zapamiętajcie ten dzień, i te słowa , WRÓG NIE DBA O LUD , w swojej bezduszności , arogancji i nieudolności, nie potrafi powstrzymać zarazy którą sam wywołał. Pamiętajcie że to ci co zagładę Dorzeczy przynieśli! Aha jeszcze jedno, gdy ludzie głodem zmęczeni zejdą z gór, szukając jedzenia i pomocy dla siebie i swych dzieci, udzielcie im jej, wysiłek wasz i koszty poczynione zostaną zwrócone! Pamiętajcie że Diuk dba o swój lud, czy ten tu, czy ten w górach, obecnie zniewolony przez zdrajców i łotrów! Wracajcie do pracy, do bliskich i nie lękajcie się, zaraza minie nim się obejrzycie! NO ROZEJSC SIĘ!

***

Jakaś karczma w Emersoft popołudniowa porą.

– No opowiadaj jak tam nowy przydział, ja to dalej w porcie kurwa tkwię..

– No powiem że w pyte jest, ha , lepszy żołd, pokazać się można, bezpieczniej..

– Ta ja słyszałem jak ty się pokazałeś hahah – wtrącił ktoś

– Ja ni słyszałem , o co chodzi?

– A nic szkoda strzępić ryja ..a i chwalić nie ma czym..

– No mów!

– Postaw kolejkę to powiem..ehh no to było tak, pierwszy dzień stoję, patrzę a tu jacyś zbrojni w zielono czarnych barwach, z bronią, to skinąłem na chłopaków , bo sam nie podejdę wiadomo, i idziemy mandat wlepić , i nagle nilgardzki oficer co gom nie przyuważył z morda do nas że to poselstwo z Saldfen i żeby wypierdalać, To odstąpiliśmy. Bałem się że mnie do slamsów cofna ale pięć dni minęło i cisza.

– No to żeś dobrze zaczął haha, upiekło ci się , że cie nie spamiętał tamten oficer.

– Dooobra paaanowie , milo się gaaada ale warte zarrazz zaczynam.

– Dojdziesz sam?

– Co kurwaaa ja nie dojde!? Albo dobra podprowadzzz…

W oczekiwaniu

Kozik i Słowek znali się od dawna. Nie jedno piwo wypili razem, nie jeden problem rozwiązali. Nie musieli czytać, czy pisać, bo życie znali. Wiedzieli kiedy orać, a kiedy siedzieć cicho w chacie. Od ostatnich wydarzeń na Polnej minęły miesiące, pan na włościach wrócił wraz ze swoimi zbrojnymi, a życie na Polnej wracało powoli do normy. Jeśli normą nazwać można najnowsze problemy, lecz były o nim niczym w porównaniu z tym, co działo się miesiące temu.

Słońce zachodziło powoli, gdy dwójka zatrzymała się w drodze z pola i spojrzała na południe.

– Myslisz że jeszcze przyjodą?

Słowek zamyślił się nim odpowiedział

– Downom nie byli, baby śpią lepiej.

– A i ludzie pana też jocyś spokojni.

Nie debatowali długo, bo każdy wie, że nocą szkaradztwa wychodzą, a jak ruszą szybszym krokiem to i jedno piwo jeszcze zdążą wypić, nim do domów wrócą.

Lecz spokój był ulotny. Zbrojny oddział, który zajął stare zamczysko w pobliżu Polnej parę miesięcy temu, nadal tam był. Do czasu powrotu pana na włościach zdążyli dobrze się tam ulokować i obłowić dobrociami z Polnej. A potem… ataki ustały. Jeszcze nim wrócił ten, który władał tymi ziemiami.

Tych co zostało było mniej, lecz nadal byli świetnie zorganizowani i uzbrojeni, a zapasów mieli na miesiące. Jednak nie ruszali się poza mury swojej twierdzy. Jakby czekali na coś – bądź na kogoś.

Bez zmrużenia oka

Edmund słabo znał Nilfgardzki, ale dawał radę się dogadać, tedy nie rozumiał, czemu to jego wysłano z Niskobrzegu do Dorzecza, aby zbadać całą sytuację. Zresztą, co tu było badać? Zginął szlachcić, bez sądu, bez wyroku, to się nie jeden możny obruszył. Dowodów na zdradę nikt nie przedstawił, mimo że trochę czasu już minęło. Dwór Vadenkampa milczał.

Między szlachcicami odbywały się ciche, acz dość żywiołowe rozmowy. Nikt wszak otwarcie nie będzie krytykować poczynań Diuka. Takich głupich to nie ma. No, nie licząc tego jednego, ale to wyjątek potwierdza regułę. Do tego młody bardziej żałuje tych wieśniaków, których tu spalono. Spod ruin karczmy bieleją kości tych nieszczęśników. Szkoda ich, szkoda, tyle rąk do pracy na marnację.

Edmund na zlecenie Thorrena zbadał pobojowisko. No i wiele z niego wyczytać się nie dało. Wszystko spalone, wieśniacy spaleni w karczmie., Sporo ciał przebitych bełtami, ot usiłowali uciekać przez okna, ale się im nie udało.

Raport spisany, goniec do Niskobrzegu pojechał i teraz czakał na dalsze rozkazy. Miał nadzieję, że będą one brzmiały: „Wracaj, nic tam po tobie”.

Ruiny karczmy wyglądały upiornie. W studni pływają zwłoki jakieś dziewczyny. Zdziwiło go, jak świeżo wyglądają. Martwe, otwarte oczy napawały bardzo nieprzyjemnym uczuciem. Z początku chciał ją wyjąć, ale gdy spojrzał w te oczy, aż się cofnął. Uznał, że studnie będzie omijał szerokim łukiem. Co z oczu to z serca.

Rozbili mały obóz w tym, co zostało po zamku. Kamienne ściany dobrze chroniły przed wiatrem. Tu też było niezbyt przyjemnie, zwłaszcza nocą. Gdy spał przyśniła mu się dziewczyna ze studni. Koszmar, zwykły koszmar. Przestraszył się dopiero, gdy jeden z jego ludzi opowiadał przy ognisku swój sen. Identyczny jak jego: „Wyła potępieńczo, potem krzyczała że chce krwi. Że zapłacimy za to co jej zrobiliśmy. Że się uwolni z tego więzienia i sprowadzi pożogę na świat żywych”. Mimo, że w blasku ogniska niewiele się dało wyczytać z mimiki podwładnych, to w ich oczach też widział strach. Lecz nim ktoś się odezwał, opieprzył ich w sumie za nic i kazał iść spać. Rano się spodziewał gońca z rozkazami powrotu, a im wcześniej się położą, tym szybciej rano zaczną się pakować.

Oni się kładli, a wstawała mgła.

Znów koszmar. Tym razem inny. Był w obozie, w miejscu gdzie zasnął. Wszystko wydawało się bardzo realne, nie licząc faktu, że słyszał wokół siebie szepty. Rozmowy po Nilfgardzku. Krzyki bólu. Mgła była tak gęsta, że ledwo orientował się gdzie jest. W tejże mgle pojawiły się kształty postaci. Ludzi, chodzących bez celu z obandażowanymi mieczami. W końcu rozpoznał w nich swoich ludzi, też coś do siebie krzyczeli. Kształtów pojawiło się więcej. Też miały miecze, acz ruszyły na nich zdecydowanym krokiem, atakując. Jedni krzyczeli, inni wyli, jakby ktoś zrywał z nich skórę.

Wstał, by się bronić. Bardziej odruchowo, bo po co bronić się we śnie?

A to musiał być sen. W końcu między kształtami rozpoznał kobietę ze studni…

Złe decyzje

Roxana wciąż nie mogła się do końca pogodzić z tym, co zaszło. Zmarło tyle bliskich jej osób, że gdy usiłowała ich wyliczyć, co chwilę przypominała się kolejna osoba, raniąc jej serce.

Spędziła kolejne dni w karczmie. Podczas, gdy zarządca usiłował zorganizować pozostałości po Dorzeczu, ona nie robiła praktycznie nic. Jej Pan nie miał czasu na kąpiel, jadł bardzo rzadko i bardzo mało.

Mimo, że najeźdźcy zapowiedzieli spalenie wioski, spłonęła jedynie część – domy ludzi, z których to wielu nawet nie lubiła. Mówiło się o nich złe rzeczy na wsi, ale raczej po cichu. „Donosiciele” to miano, które słyszała najczęściej.

A chodź podpalono tylko te chaty to ogień rozchodził się po innych domostwach a jeźdźcy jadąc przez wioskę nie oszczędzali nikogo, prócz jej pana i jej tylko dlatego że stała obok niego.

Widziała jak Judyta, jej przyjaciółka została złapana za włosy i wciągnięta na konia, przewieszona niczym worek. Jej ciała nie znaleziono. Losu mogła się tylko domyślać, ale nie wiedziała, czy aby na pewno jest lepszy od tego, co spotkało innych. Długo po tym jak odjechali Roxana zebrała w sobie odwagę, by zobaczyć to co się stało. Znalazła poparzoną pośród zgliszczy siostrę. Nigdy nie miały dobrych stosunków. Nie lubiły się, ale wiedziała, że poroniła parę razy nim wreszcie udało się jej urodzić zdrowego syna. Chłopak rósł jak na drożdżach… teraz trzymała go na rękach. Obok leżała część jego głowy, którą coś rozłupało. Wszędzie wokół była krew. Siostry potem już nie widziała, nie pojawiła się między ludźmi, którzy skryli się w karczmie. Jej męża zaś znaleziono wiszącego na belce, która się ostała w jego spalonym domu. Martwych było znacznie więcej, ale rozpamiętywanie wszystkich po kolei sprawiało zbyt duży ból.

Z rozmyślań wyrwały ją okrzyki na zewnątrz karczmy, nie były to krzyki przerażenia, lecz władcze rozkazy w języku jej Pana. Wyszła zobaczyć co się dzieje w nadziei, że chociaż na chwilę zapomni o zwłokach które widziała.

Przed karczmą stało parę koni i roiło się od odzianych na czarno żołnierzy. Wszyscy poruszali się, jakby ktoś wsadził im kije w dupę, odzywali się niepotrzebnie głośno.

Szarpnął ją mocno jeden z przybocznych jej Pana i powiedział nerwowym tonem:

– Zmykaj w krzaki, tak żeby Cię nie znaleźli i nie wchodź do karczmy! – w jego głosie był rozkaz, ale i ostrzeżenie, a w oczach przerażenie.

Wysoka trawa ukryła ją całą, gdy się tylko w niej położyła twarzą w stronę karczmy.

Żołnierze rozeszli się po wiosce. a na placu zjawił się zarządca. Była zbyt daleko, by słyszeć jego słowa skierowane do jednego z żołnierzy. Słowa żołnierza słyszała, nie rozumiała słów, lecz rozumiała ton.

Wiele lat temu słyszała ten ton, gdy ojciec pijany wracał do domu z karczmy i lał matkę, wykrzykując, że zdradziła go z elfim pomiotem i on nigdy nie zapomni. Nie zapomni, bo jej córka dzień w dzień mu o tym przypomina. Ton był podobny, lecz towarzyszyło mu coś w rodzaju spełnienia.

Zarządca padł na kolana uderzony, ktoś prędko postawił pieniek, inny szarpnął go za włosy, a ten który wcześniej krzyczał machnął wielkim mieczem.

Głowa jej Pana leżała na ziemi, ciało osunęło się z pieńka.

Żołnierze zaczęli wracać z wieśniakami, jedni szli dość potulnie, innych prowadzono siłą. Wszystkich wprowadzono do karczmy.

Władcze krzyki, żołnierze z kuszami rozbiegli się wokół karczmy, celując w okna gdy ktoś inny podłożył ogień.

Roxana płakała głośno, nie bała się że ją usłyszą. Krzyki palonych żywcem zagłuszały wszystko.

Bardzo złe początki

Roxana nie rozumiała swojego pana. Nie wiedziała dlaczego późnym wieczorem każe się jej wstawać i gdzieś iść. Nie była zdziwiona samym wyjściem. Jej Pan, którego imienia nie potrafiła nawet wymówić poprawnie, zabierał ją ze sobą zawsze, gdy robił obchód po Dorzeczu, ale nigdy o tej porze. Zabrała ze sobą zwyczajowe wyposażenie, czyli kosz z jedzeniem i wodą, jaką Pan kazał sobie szykować ustami swoich przybocznych. Do Roxany nigdy się bezpośrednio nie zwracał, a gdy coś ona chciała mu przekazać, musiała mówić do przybocznych, by Ci mu powtórzyli w tej zgrzytliwej mowie jaką się posługiwał.

Wyjście z zamku było jednak tym razem znacznie bardziej nerwowe. Nie zauważyła, aby zarządca Dorzecza kiedykolwiek wykonywał jakieś szybkie ruchy, czy unosił głos ponad konieczność, a dziś nerwowo przeczesywał włosy. Machając rękami wskazywał to tu, to tam swoim przybocznym.

Gdy wreszcie wyszli zapadła niemal ciemna noc, a oni jedynie stali pod miejscową karczmą i przyciągali uwagę paru miejscowych pijaczków.

Przyboczni krzątali się nerwowo, a jej Pan gryzł paznokcie.

-KONNICA! KONNICA OD PÓŁNOCY NA NAS JEDZIE!! – doszły ją słuchy.

Z przerażeniem chciała się rzucić w stronę zamku. Słyszała o tym, co się stało z obozem wojskowym nieopodal. Zatrzymał ją jednak jeden z przybocznych, łapiąc za ramię. Krzyczał coś do zdezorientowanego zarządcy. Gdy ten zaś ruszył w stronę zamku, puścili ją. Nie odziana w ciężką zbroję, ani gustowne fatałaszki wyprzedziła znacznie towarzyszy nocnego obchodu. Jednak gdy dobiegała do mostu… przestała słyszeć. Coś ją odepchnęło i przewróciła się. Kiedy wstawała słuch powoli jej wracał. Wpierw jedynie pisk. Dopiero potem odgłos pożaru. Zamek w ogniu. Huk! Cegły wzleciały w niebo, niczym podrzucone przez olbrzyma. Zdała sobie wtedy sprawę, że fragmenty fortecy leżały też wszędzie obok niej.

Chciała uciekać, ale w jazgocie, który do nie zaczął docierać, dosłyszała kopyta uderzające o ziemię i urwany piskliwy krzyk. Dostrzegła jeźdźców, otaczających jej Pana i celujących w niego najróżniejszymi ostrymi przedmiotami. Jeden z nich wyjechał przed szereg, bronią celując w niebo i przemówił głosem tak donośnym i władczym, że aż się skuliła…

[…]

Miecze Zarzewia

Zeszli z gór, kolorowo, różnorako odziani i uzbrojeni, acz w szyku karnym, niczym najlepiej wyszkoleni żołnierze. Daleko niósł się równy śpiew, niezbyt bystrej i niezbyt kulturalnej piosenki o życiu wojownika i sęku od brzozy. Pośród mieszkańców okolic Zarzewia rozeszło się, iż to Miecze idą! A każdy chłop, który chodź raz o nich słyszał, w las ze swoimi córkami i żonami, a co bardziej zapobiegliwi i z synami zbiegał. Inni wystawiali jadło i trunek wszelaki, jaki mieli na trakt, bo Miecze zwykły brać co chcą, od kogą chcą i kiedy chcą, więc lepiej dać im z własnej woli. Oddziałowi znanych najemników towarzyszyła grupka odzianych na niebiesko konnych z tej samej barwy Chorągwią.

– Nazwa „Miecze” kompani najemniczej wbrew pozorom nie pochodzi od broni, jaką walczą, lecz od imienia ich dowódcy Mieczysława Horaka, znanego głównie przez działania jego kompani, a sława ta do najlepszych nie należy. Gwałciciele, złodzieje, łamią przysięgi, zmieniają strony. Na początku drugiej wojny z Nilfgaardem walczyli po stronie czarnych, ale pod koniec wojny zdradzili swoich pracodawców i wspierali Temerskie wojska.

Każdy, kto ceni sobie takie wartości, jak honor, nieprzychylnie patrzy na obecność Mieczników, po którejkolwiek stronie konfliktu.

Jest tylko jedna rzecz, której im nikt nie odmówi – skuteczności.

17 sierpnia 1272 r.

-Panie dowódco! Konnica! – Do namiotu wbiegł zwiadowca ledwo łapiąc dech.

-Jaka konnica?

-Cholera wie! Trzeba reagować jadą na nas…

-Co? Kurwa… Jaka konnica? – dowódca wybiegł z namiotu.

-Cholera wie… Panie Sierżancie!

Nim zdarzyli dowiedziecie się co się dzieje było za późno na obronne.

[…]

Kolorowa kompania, która wjechała do zaspanego i rozleniwionego patową sytuacją na froncie obozu, zaskoczyła oddziały Jana Vadenkampa. Przerażeni uciekali, miast się bronić, a mimo, że strach pędu dodaje, to od konia szybciej nie pobiegli.

Paru udało się zbiec do Dorzecza, głównie dlatego, iż kolorowi jeźdźcy szybko poniechali pościgu i zawrócili, by znów zniknąć w nocy.

[…]

18 sierpnia 1272 r.

Strażnik wkroczył do wioski pod Zarzewiem z ledwo wstrzymywanymi łzami. Płaszcz miast na plecach niósł na rękach, spod płaszcza wystawała zaś ręką, bezwładna, kołysała się w rytmie jego kroków.

Znowu złe wieści

Znany tu i ówdzie grajek Fraud Drimer odstawił pusty kielich i spojrzał na karczmarza. Dłuższa chwile się przyglądał po czym rzekł :

– IDE.

Zsunął się z zydla i potoczył w stronę drzwi, w głowie miał już cos wielkiego, cos co odmieni znany wszystkim świat, początek czegoś …czegoś…coś..taak ino jak to szło? Pchnął drzwi karczmy wyszedł na ulice i odurzony podmuchem świeżego powietrza spojrzał na lutnie. Wciągnął powietrze, wyprostował się i zaintonował:

– W pensjonacie, w dzień targowy takie słyszy się rozmo..

– Ty kurwa niski! – zbrojny chwycił grajka mocno za ramie i obrócił w swoja stronę – Mamy cię kurwiu, bezczelny …ty ryży śmieciu i kto tu jest głupi he?

– wy..- dokończył grajek nerwowo rozglądając się wokoło.

Zbrojny zacisnął uniesiona gotową do ataku pieść ale powstrzymał się słysząc …

– To nie on – powiedział znudzonym głosem strażnik i oparł się o włócznie.

– Jak nie on Kord , no patrzyj no kurwa , niski rudy pryszczaty?

Ten nazwany Kordem spojrzał na niskiego człeka z lutnia po czym przeniósł wzrok na towarzysza na służbie.

– Niski owszem ale ani rudy ani pryszczaty ani tym bardziej barczysty..Fulko chodźmy się napić..

-Tylko nie pryszczaty! Ani nie rudy! – powiedział piskliwym głosem grajek dumnie stajać na palcach – ani niski…to jakaas pomyłka!

– Pomyłka kurwa!? – wydarł się ten imieniem Fulko cały czerwony na twarzy.

– Zostaw – powiedział ten oparty o włócznie, – zostaw to nie ten, nie możesz każdego niskiego za morde łapać ot tak, narobisz nam problemów , a ty – spojrzał na grajka – możesz iść

Fulko nadal z zaciśnięta pięść stał dłuższa chwile , przyglądając się grajkowi który chwiejnym krokiem oddalał się w stronę targowiska , po czym przez zaciśnięte żeby powiedział.

– To nie ty byłeś w patrolu który pierwszy dotarł na miejsce…

– Wiem – Kord podszedł i poklepał przyjaciela po ramieniu – wiem , i chce dorwać skurwiela tak jako i ty ale ..mowie chodźmy na jednego, jest okazja bo Omar z tymi przyjezdnymi gada…chodź na jednego dobrze ci zrobi

– nie..musze być trzeźwy , on gdzieś tu może być ..

-Trzezwy? Ty? – zaśmiał się lekko włócznie na ramie układając- Chodź nagroda nie ucieknie

– W rzyci mam te sto florena kurwa! – poprawił mundur i otarł czoło – ale dobra na jednego mogę iść.

***

W chacie panowało milczenie, nie do końca, ciszy w nim nie było,…wrzaski i krzyki rodzącej słychać było z daleka. Młoda , niespełna siedemnastoletnia Karelina straciła przytomność tuż po porodzie. W izbie zapanowała wtedy prawdziwa cisza, nie było słychać nikogo, nic…a szczególnie płaczu dziecka.

– Ja to zrobię – powiedział mężczyzna ocierając twarz, – sam to zrobię, to mój syn – po czym odebrał martwe niemowlę i wyszedł z chaty.

Miejscowa akuszerka otarła zakrwawione dłonie i powiedziała cicho ..-Nie dało się go uratować, nie dało panie gospodarzu…

Płacz żałoby obserwowało dwóch mężczyzn, jeden długo wpatrywał się przez okno na zebran

Wyrok bez procesu

W czwartkowy wieczór zebrała się tłuszcza na placu Wolności w Emersvort. Nawet nadworny czarodziej rozsiadł się wygodnie na krześle, poganiając pucybuta do pracy.

Przy podwyższeniu stała już dwójka skazańców, otoczona strażnikami. Na mocnej belce zawiązano dwie liny, w elegancką i solidną pętle.

Tłum powoli zaczął się niecierpliwić, rozległy się krzyki, aby skazańców w końcu ukarać.

Wtem na owo podwyższenie wstąpiła pani burmistrz i przemówiła do zgromadzonych:

– Niniejszym… za zdradę stanu i liczne konszachty ze zdrajcami pozbawia się Remo de Ragona szlachectwa oraz skazuje na śmierć przez powieszenie. Za szpiegowanie dla wrogiego grodu skazuje się kochanicę ów de Ragona, Rosę, na śmierć przez powieszenie.

Pośród tłuszczy rozległy się pomruki i szepty, naznaczone śladami zaskoczenia. Inni natomiast mówili, że się im należy.

Ktoś krzyknął „Nie”. Lecz cała zabawa dla zgromadzonych zaczęła się, dopiero gdy wprowadzono skazańców na podwyższenie.

Pierwszego wprowadzono mężczyznę. Nie wyglądał dobrze. Wyglądał na zmęczonego i przerażonego. Nałożono mu pętle. Nie szarpał się. Nie sprzeciwiał. Wkrótce było po wszystkim.

Potem wprowadzono kobietę.

– SKURWYSYNY! – krzyczała. Szarpała się, wyrywała. Kopała strażnika, który ją prowadził, aż ten kolegę musiał zawołać, aby mu pomógł. Uwiązali jej kostki, a potem postawili na stołku i pętelkę na szyję nałożyli. Bez zbędnych ceregieli i tu wkrótce było po wszystkim.

Tłuszcza jeszcze chwilę napawała się widokiem, by po chwili oddalić się do domostw.