Kategoria: Edycja Piąta

Zagubione skarby

Młody chłopak wbiegł po schodach na górę, ledwo łapiąc oddech skręcił w boczny korytarz a następnie wpadł w drzwi otwierając je z hukiem. W Sali przy stole siedziało dwóch mężczyzn, jeden z nich odwrócił się drugi zaś zignorował chłopca.

– Zarządco! Znaleźliśmy go! Duma Marsii… – złapał szybko oddech – Duma poszła na dno. Nasi meldują, że wrak znaleźli na dwa dni konno od miasta. – mówił szybko łapiąc powietrze.

– Można było się tego spodziewać – powiedział starszy z mężczyzn odkładając filiżankę na spodek. – wszak to będzie dwa tygodnie jak wysłaliśmy nasze statki abyście ją znaleźli. – Zwrócił wzrok na młodziana w drzwiach. – Ostało się coś z niej czy wszystko sztorm zabrał? Pytam o ładunek, paczki jakie? drewno?

-Nie Panie! Sam kadłub i paru topielców… Bez…

-Bez ładunku… – dokończył drugi mężczyzna poprawiając od niechcenia zdobioną szatę – A to niefortunnie się złożyło drogi Panie, pewnikiem ta wieść dotarła już do sam wiesz kogo. – zwrócił wzrok na tego od filiżanki. – Trzeba będzie po nowy statek posłać. – dosłodził jeszcze napój i zamieszał nie wydając nawet dźwięku.

Starszy z mężczyzn wstał zdenerwowany. – Nie mamy już czasu na na nowy transport, lada dzień miały ruszyć przygotowania. A my nic nie mamy… – Podszedł szybkim krokiem do młodzieńca – A skrzynia! Skrzynia jest najważniejsza! Znaleźliście ją?! – Chłopaczek czapkę zmielił w dłoniach i pokręcił głową spuszczając wzrok.

-Skrzynka znikła Panie. Pewno na dnie już leży…

-Nie chce nawet tego słyszeć! skrzynia musi się znaleźć. Jak wyjdzie że znikła… Melitele mniej nas w opiece- starzec pobladł na już i tak bladych policzkach. – Skrzynka musi się znaleźć. Obszedł pokój w koło szybkim krokiem.

-Co zamierzasz? – Drugi z mężczyzn zamoczył ciastko w napitku i ugryzł delektując się nim.

-Jak co? Znaleźć skrzynkę! Dajcie ogłoszenia wszędzie! Niech szukają ludzie. Dajcie, że jakaś nagroda jest cokolwiek byle by się znalazła!

-A materiały na budowę? Bez drewna prace nie ruszą- wzrok utkwił w starszym.

-Materiały też ważne, nie inaczej… Ale skrzynia jest najważniejsza!

Raporty

Raport z dnia 21.11.1272

„W całym mieście dochodzi do niewielkich i niegroźny utarczek z cywilami. Wielu z nich jest pod ewidentnym wpływem kłamstw rozpowszechnianych przez nijakiego Brittena. Nie udało się go jeszcze doprowadzić na przesłuchanie. Jego lokalizacja jest nieznana. Niepokojącymi wieściami jest to, że pośród zatrzymanych coraz częściej można spotkać przedstawicieli klasy średniej […]”

– Mordercy! Czarni mordercy! – wydarł się ktoś na ulicy miasta. W stronę strażnika poleciał kamień i ugodził go prosto w głowę.

– Wygnali ludzi z domów! Spalą nas, jak tych w dorzeczu! Skończymy wszyscy jak elfy!

„[…] Otrzymujemy donosy, jakoby Britten był widziany w różnych częściach miasta w towarzystwie. Listę osób, z którymi Britten się widział dodaję jako załącznik numer 1. Każdy z nich został przesłuchany[…]”

– Pan Jan? – dwoje strażników podeszło do rosłego typka o twarzy zabijaki i bogatym ubraniu na ulicy Długiej.

– Tak – oświadczył zagadnięty niezbyt przyjaznym tonem.

– Pójdzie pan z nami, mamy do pana parę pytań.

– JAKIE PÓJDZIE?! Wy wiecie kim ja jestem? Dla kogo pracuje?!

„[…]Zgodnie z rozkazami dotarcie do Brittena uczyniłem priorytetem. Nie szczędzimy na środkach. Zostanie on odszukany i doprowadzony na przesłuchanie.

Kapitan Biggus Kontol.”

Dnia Jutrzejszego czyli 23.11 o godzinie 20:00 odbędzie się proces okarzonego o zdradę oraz szpiegostwo Kermuna Aep Brittena

[…]

Oficjalne zamknięcie kopalni srebra w Maecht. Kopalnia była głównym źródłem tego surowca, zaopatrującym cesarstwo Nilfgaardu. Zamknięcie jej przynosi lekki niepokój na rynku oraz znaczny skok ceny tego surowca.

Do Saldfortu wjechali w zgodnym szyku odziani na niebiesko oraz na czarno jeźdźcy. Przybyli szlakiem z południa, szlakiem na Cintre. Wjechali prosto do zamku Prynów, gdzie zostali przyjęci przez samego Horeza oraz Ernesta Pryna. Za nimi ciągneły się wozy obładowane sporym ładunkiem oraz parę karet. Tego samego dnia wieczorem zawartość wozów wniesiono do zamku.

Idzie wojna

Bogumił był zmęczony. Wczoraj były urodziny szwagra. Nie lubił szwagra, ale że on stawiał to przyszedł. Gdy wstał rano głowa mu pękała, ale do roboty iść trzeba.

W drodze usłyszał głośną rozmowę dwóch znajomych głosów. Za winklem siedzieli kupcy przy wozie. Pili z nimi wczoraj w karczmie i z tego co widział, oni pili dalej. Widać zdrowia i pieniędzy im nie brakuje.

Bogumił zabiłby za kacowe piwo. Włożył na twarz nieszczery uśmiech i podszedł do kupców nawalonych tak, że ledwo byli w stanie siedzieć. A że przy tym mówią, nie bełkoczą, zakrawało o cud. Poznali go, gdy tylko podszedł. Po zdecydowanie zbyt wylewnym przywitaniu, kupcy poczęstowali go zawartością beczułki, stojącą na wozie i wrócili do swojej przerwanej dysputy.

-Mówię Ci panie, znów wojna będzie. Nilfgaard idzie.

-Panie toć my są Nilfgaard!

-HA! Ja o prawdziwym Nilfgardzie mówię, tym na południu! A nie tu jakiś przebierańcach z północy! Odziały, co na granicy stacjonowały siem zbierajo do wymarszu, a i oddziały Cintryjskie też siem zbierajo, bo one tera przecie oddziały cesarskie som. Może i lwy na sztandarach, ale wiadomo komu oni służą. Wy Cintryjczycy to jednak sprzedajne kurwy jesteśta!

-Kutafonie jeden, toć nawet obrażać ludzi nie umisz! Ja jestem ze Srebnogórza, nie Cintry!

-A to siem okaże, co będziesz niebawem. Bo te oddziały to na was maszerować majo ponoć!

Boguś dalej nie słuchał, Zajęła go znacznie poważniejsza kwestia: „czy aby na pewno zamknął drzwi do chałupy, jak wychodził? Nie może się przecież wrócić, żeby sprawdzić, bo i tak już spóźniony jest, a piwo chyba skwaśniałe. Darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda.”

Uniwersytet Saldforski

Założony w 1173 roku, 20 lipca, przez szlachciankę Milanę Rose. Nie potwierdzono nigdy, aby była ona faktycznie kochanką Diuka Felixa, jednak do dziś nie wyjaśniono, jak szlachcianka z podupadłego rodu, nagle zdobyła całkiem sporą fortunę, wyniosła się z domu rodzinnego oraz zamieszkała w Saldforcie, który Felix regularnie i nieoficjalnie odwiedzał, jakoby powietrze w tamtejszych lasach mu służyło. Faktem jest, że z tych nieoficjalnych wyjazdów wracał z werwą i wieloma nowymi pomysłami. Co niektórzy historycy sugerują, iż budowa portu w Emersvort powstała po powrocie z takich wypraw. Sama Milana żyła skromnie. Gdyby nie ogromna inwestyja w renowację elfich ruin obok Saldfortu, nie przykułaby ona do siebie żadnej uwagi.

1173 – 1184 Początki działania uniwersytetu.

Uniwersytet usiłowano odbudować na wzór elfich budowli, co okazało się jego zgubą architektoniczną. Elfy efekty prac ludzi zwykły nazywać abominacją, pomnikiem ograniczenia ludzkich umysłów. Bryła, która powstała w wyniku starań nawet w oczach ludzi była określona mianem znośnej, daleko jej było do urody dawnych elfich budowli.

Z początku uniwersytet wydawał się mieć świetlaną przyszłość. Pierwsza kadra, jaka zarządzała uczelnią była pościągana z innych uniwersytetów obietnicą lepszych zarobków, składaną przez Milanę Rose. Wszystko zmieniła jednak epidemia potów, która nie oszczędziła światłych umysłów, ni samej Milany.

1184 – 1234 Ciemne czasy

Czasy, gdy budynki uniwersytetu zostały zagospodarowane przez władze i używane jako sąd oraz urząd. Władze Klemensa oraz Steffrona Pierwszego to okres, w którym uniwersytet był daleki od spełniania swoich pierwotnych założeń.

1234 Zmiany na gorsze

Urząd zostaje przeniesiony do Saldfort. Oficjalnym powodem podaje się niezadowolenie mieszkańców, którzy musieli opuszczać miasteczko, aby załatwić jakieś sprawy.

Tego samego roku, po zaniżonej cenie uniwersytet został odkupiony przez prywatnego przedsiębiorcę Ambrożego Klempa.

W przeciwieństwie do założycielki, Ambroży uniwersytet traktuje inaczej. Sprowadza raczej miernych naukowców, którzy często nie znajdywali pracy na innych uniwersytetach, lub byli z nich wyrzucani za pijaństwo, bądź przesadzili o parę razy z wulgarnymi propozycjami wobec studentek.

Nim jeszcze Uniwersytet przyjął pierwszych studentów, Ambroży uzyskał tytuł profesora, mimo, że nigdy na uczelnie wyższą nie uczęszczał.

1234-1250 Zła sława

Uniwersytet zyskał bardzo złą opinię w świecie naukowym. Istnieje przeświadczenie, że jeśli nie dałeś rady w Oxenfurcie, to w Saldorft wciąż masz szanse na profesurę. Medycy z tego uniwersytetu z pewnością mają większą wiedzę od przeciętnego człowieka, lecz mało kto świadomy odda się poważnym zabiegom w wykonaniu tych ludzi. Jedynym haczykiem okazuje się bardzo wysokie czesne. na które pozwolić sobie mogą tylko wybitnie bogaci mieszczanie i szlachta.

1250 – obecnie

Po śmierci Ambrożego uniwersytet staje się własnością jego dzieci, które nie posiadały potrzeb podobnych do swojego ojca. Oddały władze w ręce kadry, która usiłując poprawić sławę wprowadziła stypendia dla uboższych. Obecnie, aby utrzymać się na uniwersytecie należy posiadać minimalną wiedzę, z którą z pewnością nie przepuszczonoby nikogo na lepszych uczelniach oraz płacić wysokie czesne bądź posiadać ponadprzeciętną wiedzę, która da studentom stypendium, pokój w niewielkim domku studentów oraz darmowe kształcenie.

Jak niesie plotka, obecni właściciele uniwersytetu, uważają go za problem i chętnie odsprzedaliby go, gdyby usłyszeli odpowiednią cenę.

Bunt przeciw niesprawiedliwości

Złotowłosy młodzieniec wdrapał się na skrzynie. Jego ubranie sugerowowało, że nie pochodzi z tej cześci miasta. Gdy przemówił do tłumu ludzi w obdartych ubraniach, z początku szykowało się na rzucenie kamieniem, albo łajnem. Slams nigdy nie słynął z miłości do „czarnych”, jednak słowa chłopca szybko trafiły do mieszkańców. Jego przemowa był pełna złości ukierunkowanej na władzę. Na to jak, źle są traktowani. Do tego opowiadał o plotce, która już od dawna szumiała wśród prostego ludu w różnych wersjach, ale sprowadzała się do tego, iż wysłannicy diuka to mordercy, nieliczący się z życiem zwykłego człeka. Kiedy tak opowiadał o chęci mordu, jaki doprowadził do rzezi w Dorzeczu, nie wiedział ile chęci mordu wzbudza w swoich słuchaczach.

Straż pojawiła się dość licznie. Próbowali się przedrzeć przez tłum, który zebrał się wokół młodzieńca, lecz nim im się tu udało, chłopak zniknął z zaimprowizowanej mównicy i wmieszał się w tłum. Stróże prawa zabrali się za poszukiwania. W ręce trafiły pałki, których używano ochoczo, gdy tylko ktoś stawiał opór przy rozchodzeniu się. W ruch poszły kamienie i nieznanego pochodzenia jeszcze ciepłe odchody. Straż musiała teraz używać pałek do walki, nie do obrony. Po szarpaninie sporo awanturników trafiło do aresztu, lecz żaden z nich nie miał na głowie złotych włosów, za to sporo było mocno pijanych.

Przygotowań ciąg dalszy

Szósty dzień tygodnia był pełen roboty dla miejscowych mieszkańców. Trzeba było dokończyć zagrodę dla koni. Okazało się, że i drugą, mniejszą trzeba zbudować dla egzotycznych zwierząt, gdyż zraz podjechały wozy spóźnionych kupców z południa.

W godzinach wieczorny zaczęło się robić tłumnie. Zjeżdżali się mieszkańcy pobliskich i dalszych miast, wsi i miasteczek. Krótko przed czasem rozpoczęcia licytacji na świeżo wybudowany podest wszedł młodzieniec niezgorszej urody, odziany w zieleń i złoto.

– Szanowni państwo! – rzekł do tłumu, uśmiechając się serdecznie. – W imieniu mego ojca, pana tych ziem Ernesta Pryna pragnę państwa serdecznie powitać! – jakiś pijaczyna przerwał mu wywód, lecz zraz podszedł do ów zniecierpliwionego mężczyzna w zielonym kapturze i uspokoił go. – Mój ojciec postanowił zaprosić kupców południowych ziem na nasz teren. Dla was, moi drodzy. Postanowił urządzić aukcję, na której będą licytowane najczystszej krwi rumaki, rzadkie rumaki. Ponadto… – tu już zrobił teatralną pauzę, omiótł wzrokiem zgromadzoną publiczność. – Jeśli jakiś miejscowy rzemieślnik ma w swym warsztacie rzadkiej jakości wyrób i chciałby go wystawić na aukcję… Może zgłosić się do licytatora bądź jego asystenta. Termin zgłoszeń upływa jutro o godzinie 18:00. – znów przerwał na chwilę swoje powitanie. – Gdyż… moi drodzy… Nasza aukcja będzie trwać DWA DNI! Tak! Dwa dni! Program przewiduje, iż dzisiaj będą licytowane rzadkie okazy zwierząt. Lecz jutro rzemieślnicze wyroby… i inne przedmioty. – tu uśmiechnął się tajemniczo do tłuszczy. – Zatem oddaję głos Anzelmowi. Licytatorowi, który poprowadzi dzisiejszą aukcję! – uśmiechnął się raz jeszcze, po czym zawinął szeleszczącą pelerynę i zszedł z podestu.

Rozpoczęła się licytacja.

Szlachte trza szanować

Na placu Wolności w Emersvort zeszła się tłuszcza. Pośród tłumu dało się słyszeć szepty, jedne głośniejsze, inne bardziej ciche. Od strony depozytu dwóch strażników wlokło posiniaczonego mężczyznę, odzianego jeno w spodnie. Był cały brudny, obity i przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Jego ręce skuli kajdanami do słupa, tak, aby stał tyłem do tłumu. Był znacznie osłabiony, ledwo trzymał się na nogach, lecz łańcuchy nie pozwalały mu się osunąć na ziemię.

Spośród ludzi wyszedł inny strażnik, dzierżąc w dłoni bicz.

– Za karygodną obrazę Szlachetnego aep Reisenfora w dniu 5 listopada 1272 r. skazuje się Roberta Deawana na 20 batów dziennie, przez siedem dni. – a gdy przemówił rozpoczął wykonywanie kary.

Z każdym uderzeniem skazany coraz głośniej krzyczał z bólu, lecz gdzieś powyżej połowy wymierzanych batów ucichł, prawdopodobnie tracąc przytomność. Strażnik nie przerwał jednak swej pracy, aż do ostatniego cięcia. Skóra na plecach skazanego ostała się w ciętych ranach, puchnąć zaczęła, a krew spływała mu na spodnie.

– Tako się kończy pyszczenie do szlachetnych. Mówiłam Ci. – szepnęła do męża jedna z mieszczanek.

– Siedź cicho, kobieto. – odpowiedział jej małżonek, po czym odwrócił się plecami do widowiska i z niewielkim uśmieszkiem na twarzy udał się w swą stronę, ignorując obecność żony.

Strachy strachy i po strachach

Saovine minęło spokojnie. Nie podmieniono żadnych dzieci odmieńcami, nie widziano ghuli, nie słyszano o atakach wampirów, czy też nawiedzania zmor po nocy. Wystawiona przed domy żywność zniknęła. Widać zaspokojono głód błądzących po świecie istot. Zapewne kotów czy psów, miast monstrów. Lecz ludzie mówili, że to duchy i umarli, co spokoju znaleźć nie mogą, najedli się owymi i domostw nie nawiedzali.

Nie minęły jednak trzy dni, jak młody sierżant pędził galopem w eskorcie żołnierzy w czarnych opończach. Pędził jak opętany, w stronę niedawno spalonego Dorzecza. W duchu miał nadzieję, że zdąży na czas.

Wkrótce po tym dotarli na miejsce. Zostawili konie w ustronnym miejscu. Całe miasto, niegdyś tętniące życiem, teraz już jeno zgliszcza, pokryte było gęstą mgłą. Tak gęstą, że sierżant ledwo widział swych towarzyszy. Co dziwne słychać było zawodzenie silnego wiatru, jak targa trawą i trzaska niedopalonym drewnem. Młody sierżant skierował się w stronę nikłej poświaty, żołnierze podążyli tuż za nim. Skryli się w ruinach niegdysiejszej karczmy, wciąż mającej porozrzucane resztki spalonych kości na drewnianej podłodze. Wyjrzeli zza przepalonej ściany, a ich oczom ukazał się widok, który sprawił, że zjeżyły im się włosy na karku.

Na środku drogi stało niewielkie, dogasające ognisko. W kręgu wokół niego spoczywała strawa, a po trzech stronach świata stały trzy postaci. Rosły mężczyzna odziany w brąz, z kapturem zakrywającym jego twarz. Niskorosły odziany w stal, dzierżący buławę. I ona. Zraz można było dostrzec jej iskrzące oczy oraz kasztanowe włosy spod ciemnego kaptura. Mamrotała coś pod nosem. Mężczyźni zaś stali w gotowości. Wszyscy wzrok swój kierowali na wschód, gdzie stał wysoki cień.

Wtem uszu sierżanta doszły głosy. Śmiechy. Upiorne śmiechy. Ktoś zadał pytanie. Coś o spokoju, o spoczynku. Cień się zaśmiał, a potem odpowiedział.

– Chcemy tego, który nas takimi uczynił. Odejdźcie. Inaczej do nas dołączycie.

Wszystko działo się tak szybko, pomimo tego sierżant czuł, jakby czas zwolnił. Cień zaraz zniknął, mgła się rozrzedziła, a śmiechy ustały. W oddali było widać przemykające cienie.

Przygotowania

– Szkuurwi mać! – krzyknął jeden z robotników, zaraz jak przywalił sobie młotkiem w palec, chcąc przybić gwóźdź w deskę. Inny zarechotał złośliwie.

– Zaś żeś se w palec przyjebał?

– A weź nie wkurwiej! Nie wiem na ki chuj mamy tu płot jaki stawiać… – mruknął ten pierwszy, ubity palec do ust wsadzając.

– To żeś nie słyszoł? Kupce przyjeżdżajo. Ponoć z południa!

– A skąd mam wiedzieć, jak mje nikt nic nie gada… – mruknął wciąż wkurwiony ten pierwszy. Spojrzał na swój czerwony i puchnący już palec.

– A bo ty geby na kłódkę trzymeć nie umisz, to nie gadajo. Się dziwisz… – wciąż rechocząc wrócił do pracy, kolejny gwóźdź młotkiem w dechę wbija.

Rzeczony Kazek w końcu zabrał się znów do roboty, acz na gębie wkurw mu wciąż gości.

– Dobre… jak żeś taki mądry i takie informacyje dostajesz to co to za kupce? Co wiozo?

– A no… tego to nie wiem po całości. Mówio, że rumaki. Piękne i rzadkie okazy. Pewno do rozrodu w sam raz. A i florenów pewno masę będo sobie cenić za takowego…

Kazek robotę przerwał, wyprostował plecy i wzrok na kolegę przeniósł. Otarł rękawem pot z czoła.

– A to mało rumaków mamy? Że inksiejsze wiozo?

– To ci gadam, że rzadkie na aukcyje wystawio! Dla bogaczy pewno. Na bogi, na pewno w paluch żeś się pierdolnął, a nie w łepetynę? – pokręcił głową ten drugi. Sam odłożył młotek, by sięgnąć po flaszkę, leżącą przy deskach. – Weź się napij, to ci się zmysły oczyszczo. – podał ów flaszkę Kazkowi.

Ten bez zbędnych oporów, a nawet już pozbywszy się wkurwa z pyska po flaszkę sięgnął i upił zeń dość dużego łyka. Ani pysk mu się nie skrzywił.

– Kiedy ta aukcyja? Mówili co?

– A no we szósty dzień tygodnia. – odebrał flaszkę od kolegi i też się z niej napił. – Ponoć dwa dni majo tu być i jadą dalyj.

– A skąd ty tyle wiesz, he? – Kazek spojrzał na kolegę podejrzliwie, co dziwnie wyglądało na jego zarośnietej mordzie.

Ten zaś wypiął pierś dumnie, niczym chojrak.

– A bo ważne ludzie to ważne rzeczy wiedzo. Wracajmy do roboty. Baba na mje w chałupie czeka. Jak za długo będziem robić, to pyska będzie strzępić.

Saovine

[…] Dziś Saovine, noc strachów i czarów! Nadstawcie uszu, słyszycie, jak dookoła szuści coś i stuka? To umarli przychodzą z zaświatów, chcą wkraść się do domów, by ogrzać się przy ogniu i podjeść sobie suto. Tam, po ogołoconych rżyskach i bezlistnych lasach hula wicher i zamróz, biedne duchy ziębną, ciągną tedy ku domostwom, gdzie ogień i ciepło. Tedy nie zapomnieć wystawić im jadła w miseczce na próg, albo gdzie na gumno, bo jeśli tam zmory niczego nie najdą, po pónocku same do chałupy wejdą, by poszukać… […] Toż to, moiściewy, Saovine! Jaka tu muzyka, jakie granie? Nie Iza! Muzyka Saovine to ten za oknem wicher! To wilkołaki wyją i wąpierze, mamuny zawodzą i jęczą, ghule zębami zgrzytają! Beann’shie skowyczy i krzyczy, a kto jej krzyk posłyszy, temu niezawodnie rychły zgon pisany. Wszelki zły duch opuszcza swe ukrycie, wiedźmy lecą na ostatni ich przed zimą zbór! Saovine jest noc strachów, dziwów a zwidów! W las nie chodzić, bo borowy zagryzie! Przez żalnik nie iść, bo umrzyk ucapi! W ogóle z chałupy lepiej nie wychodzić, a dla pewności w próg wbić nowy nóż żelazny, nad takim złe się przestąpić nie ośmieli. Babom zasię pilnie strzec dzieci, albowiem w noc Saovine może dziecko rusałka albo płaczka skraść, podłożyć obmierzłego odmieńca. A która baba brzemienna, niechajże lepiej nie wychodzi na dwór, bo może nocnica płód w łonie zauroczyć! Miast dzieciątka zrodzi się strzyga z żelaznymi zębami… […] Wpierw matce pierś obgryzie. Potem ręce obgryzie. Lico obgryzie… […] Saovine, moiściewy, jest dla upiorów ostatnia noc, by sobie poswywolić. Później już zamróz siły im odbiera, schodzą więc do Otchłani, pod ziemię, skąd już całą zimę nosa nie wyściubią. […] Czarodziejska jest noc Saovine, straszna, ale i zarazem najlepsza do wróżb i wieszczb wszelakich. […] Noc Saovine, noc strachów i upiorów… Lepiej po chałupach siedzieć. Całą rodziną… Przy ogniu…

~Wieża Jaskółki