Kategoria: Edycja Piąta

Czas przemian

Na most od strony pensjonatu wjechała spora grupa ubranych w Salfdeńską zieleń konnych. Jednak zieleń ta była inna, a i ci na koniach twarze pod kapturem skryte mieli. Na czele oddziału tego jechał na bułanej kobyłce jedyny który kaptura nie miał. Na ruch jego dłoni zakapturzeni zatrzymali się bezgłośnie, a on sam spojrzał chylące się ku zachodowi słońce.

– To będzie długa noc- powiedział jakby do siebie i spojrzał zaraz ku lasom mrużąc oczy.

– Nikogo nie oszczędzajcie, wyrżnąć co do nogi każdego, a głowy ich hersztów do mnie przywieźć! Taki wam wydaje rozkaz!

Uniósł ramie, a na ten znak konni wymijając pola słoneczników zniknęli miedzy konarami drzew. Niedługo potem było słychać odgłosy walk i krzyków które chwile później zamieniały się w niepokojącą ciszę. Nikt z lasu nie uciekł, i nikt niewinny krzywdy nie doznał gdy zielona konnica wyżynała jeden obóz po drugim niczym kara za grzechy tych co prawo Salfdeńskie chcieli kalać.

Gdy pojawił się pierwszy promień świtu powrócili wszyscy. Ich zielone peleryny powiewały na wietrze, i tak jak samo jak kaptury i opończe ociekały krwią zabitych. Koło siodeł przytroczone były głowy tych co w lasach myśleli że bandycić będą, co chcieli Pryńskie lasy grabić. Gdy słońce wstało na dobre leśne oddziały straży wróciły za most by dalej pełnić służbę i strzec granic.

[…]

Zarzewie

Rosły mężczyzna zapukał do drzwi wiejskiego domu i wszedł bez skrępowania zaraz.

– Witaj szwagier…- rosły głowę schylił przechodząc przez próg.

– A witam, o… a mundur gdzie? Czyżby cię niebieskie w końcu wykopali z tej straży? – spojrzał na szwagra.

– Prywatna wizyta aresztuje cię innym razem, ale do rzeczy… – zaczął się rozglądać po chacie.

– Nie ma jej, z dzieciakami do świątyni poszła. Możesz mówić jak co ważne.

– Problem jest szwagier…wypowiadać najem będą i na front wzywać, gdzieś po nowym roku wnet…

– No i? – niższy z mężczyzn spojrzał pytająco -przecież to moja chata , znaczy w wieczysta dzierżawę ją mam..

– Nie o chacie mówię… szwagier magazyn no… A jeszcze czynsze będą podnosić by na wojenkę starczyło.

– Jaki czynsz, jaki magazyn? Kurwa mój magazyn! – za głowę się załapał.

– Właśnie mówię, weź chłopaków i zajmij się tematem, trzeba to gdzieś przewieźć- obaj zamyślili się w tym samym czasie. Niższy ze szwagrów znów się odezwał.

– Już wiem gdzie , w zasadzie i tak to planowałem, mam jednego kuzyna w Saldfort…

[…]

Emersvort

„Naderwany plakat gdzieś na murach Emersvort”

OGŁASZAMY CO NASTEPUJE : Z dniem 28.12 zostały wstrzymane i odrzucone wszelkie wnioski o wynajem zabudowań. Aktualnie trwające umowy najmu zostaną rozwiązane z dniem 30.12 zgodnie z rozporządzeniem Miłościwego Jana Vandenkampa. Każdy zdolny do walki mężczyzna w wieku poborowym zostanie wcielony do rezerw wojskowych. A budynki mieszkalne jak i gospodarcze zostaną przekazane armii. Każdy kto utrudniał będzie zwolnienie budynku zostanie oskarżony o działalność wywrotową i… * Dalej urwany fragment papieru a gdzieś na dole dopisane „A POCALUJCIE WY MNIE W DUPE. JA DOMU NIE ODDAM!” *

Midinváerne

Midinváerne to jedna z Solystycji elfich, czyli zimowe przesilenie, które ma miejsce w ostatnie dni przed nowym cyklem rocznym. Tradycje zimowego przesilenia świętowane są zarówno na terenach czterech królestw jak i przez same starsze rasy. Właśnie od nich przyjęło się aby rozwieszać wieńce jemioły na znak gościnności oraz dekorować drzewka zielone różnymi ozdobami takimi jak owoce, suszone kwiaty, pierniki a czasem nawet i talizmany wieszane są by złe moce odpędzić a i ludzie obdarowywali się drobnymi upominkami własnoręcznie wykonanymi a co bogatsi kupnymi. W dzień po Midinváerne stawiano kapliczki zimy, celebrujące odnowę światła i życia, ale też oddające hołd zimie a i rodziny zbierały się razem by świętować zakończenie roczne, porozmawiać, popić czasem a i zjeść syto z ryb.

Ryby symbolikę miały taką, że raz, że łatwo zdobyć je jest bez pozwoleń a druga że w miastach gdzie kult proroka Lebiody był są na znak pamięci o nim. Jak kiedy komuś głodnemu wędkę dał miast ryby a rybę też bo głodnemu słabo się ryby łowi.

W taką noc, jak Midinváerne, kiedy od magii aż powietrze wibruje, medaliony wiedźminów drgają nieustannie myląc ich gdy na łowy idą tedy właśnie tego dnia nie polują oni na potwory jeno ze swoimi się bratają , czarownice zaś i czarownicy ten dzień pracowity mają bo magia jak oswojona chodzi i czeka co by z niej pozyskać ile kto chce. Wkrótce po Midinváerne śnieg przestaje padać. Nastaje zwykle mróz a i zwierzęta i ptaki chowają się w ciepłe jamy by do wiosny odczekać lepszych ciepłych dni. – Wycinek z „O elfich i ludzkich świętach” autorstwa Dr. Audyka z Listeron

Opowieści dziwnej treści

– Później mówiono, ze człowiek ten nadszedł od północy… – powiedział z zadumą mężczyzna w kapeluszu.

– Że co? – przerwal mu pryszczaty, zatrzymując w połowie drogi, pełny kufel.

– Eee to nie ta ballada – Rumiany już mocno kapelusznik uderzył w pusta butelkę po miodzie niczym w struny harfy i zmarszczył czoło a jego mocno nieobecny już wzrok poszukiwał zapewne weny lub pełnej butelki .

– O Dorzeczu mieliście opowiadać! O Dorzeczu…Gadaliście , że wiecie, ze wojskowych znacie, ze no ze informacje prosto z ręki! Jeśli myślicie ze tu się za darmo nachlać przyszliście to…

– Ah Dorzecze…siadajcie ,przecież mówiłem że opowiem.. no.. a miodu zostało co? No dobra mowie już! A wiec to było tak:

Owej nocy przepełnionej aura nadchodzących zmian, grupa najemnych w liczbie czterech, Ptakami się zwący, pod dowództwem pewnego porucznika, z wozem plandeka okrytym, zjechali do Dorzecza. Teren wokół pilnowało kilku wojskowych, wszyscy polegli z reszta ale o tym później. Owe Ptaki rozładunek zaczęły i wtem z płonącego kręgu wyskoczył czarownik i zaczął wydawać instrukcje. Potem się zaczęło, dziwne jakieś rytuały uskuteczniać począł owy czaromiot cesarski. Opisać to trudno , smród jednak był niemiłosierny i dymu dużo, i popiół poderwany ze zgliszczy przez wiatr co nad dawna osadą zerwał się przepotężnie. Błyskawic nie brakowało, oj nie. Na a gdy już zjawiły się zjawy, czarodziej wspomnianych żołnierzy rzucił im na pożarcie, a sam dokończywszy swoje sztuki tajemne, przegnał duchy a zbrojni najemnicy, co w eskorcie tam byli, z szaleństwa wydłubali sobie oczy a potem wszystko ucichło i nastał dzień…

– Ja słyszałem że to inaczej było – powiedział nagle jeden z zebranych przy ognisku a wzrok pozostałych zwrócił się w jego kierunku..

– Taa? – prychnął Kapelusznik – ciekawym skąd..

– A no jeden z polnej, mówił że jego brat widział jak ktos mówił że słyszał..no i opisał mi jak było:

 

Gdy już czarodziej na miejsce się zjawil, nakazał wszystkim zawiązać oczy, a sam jakie zaczął czary czynić krzycząc ciągle i rękoma wymachując. Ogień i dym buchał jak z pieca jakiego i ow ogień wypalił jednemu ze zbrojnych, a właśnie, oni nie Ptaki lecz Skrzydlate Komando się zwali, od piór na hełmie co ichni dowódca nosił, zresztą nie porucznik a sierżant. No ale ten ogień, co z czarciej misy się wydostać chciał, to jednemu wzrok wypalił a drugiemu twarz oszpecił , bo za blisko podeszli. Duchy czarownik przepędził, poza jednym, Królowa Zjaw, Owa przepędzić się nie dala ino z własnej woli weszła do wielkiego czarnego kamienia co na taczce leżał. Inne zjawy odeszły wnet. Czarownik zarządził odwrót lecz nie był zadowolony, zbrojni ,nie wiedzieć czemu, chcieli tam zostać. Lecz posłuchali i opuścili Dorzecze ot i cala historia.

Zebrani przy ognisku jak na znak skierowali wzrok w stronę kapelusznika lecz, ich oczom ukazał się pusty pieniek i wyraźny brak kilku butelek miodu.

Nielegalne drzewka

Facet w zielonym zniszczonym fraku stał na podeście i oczami lustrował swoje dzieło krytycznie. Niżej pod nim dumnie choć krzywo stał wielki zielony świerk. Mężczyzna tak był zajęty poprawianiem drzewka, że nie zauważył jak za nim pojawił się strażnik w opończy w kolorze zbliżonym do jego chojniaka. Strażnik przyglądał się dłuższą chwile drzewku po czym wypalił do choinkowego.

-Te Panie, a pozwolenie na handel to jest?

Chłop jakby wyrwany z letargu spojrzał na tego w zbroi. -pozwolenie? Jakie pozwolenie? – odparł szczerze zaskoczony

-a to na handel pozwolenie trzeba? Gdzie to takie zdobyć? – chłop z kolek się otrzepał.

-A w urzędzie miejskim – burknął strażnik wpatrzony w drzewko.

Chłop po głowie się podrapał wpierw zniszczona czapkę zdejmując.

-A długo to trwa? Te zdobycie pozwolenia?

– A nie długo, jak nie będzie kolejek to może z miesiąc…

– Jak miesiąc… Przecie za miesiąc to ja mogę na opal je co najwyżej wystawić…

Strażnik wzruszył ramionami przyglądając się dalej jednej z choinek a sprzedawca podążył za wzrokiem zbrojnego i postanowił zaryzykować. Podszedł bliżej i cicho rzekł -Może jakoś się dogadamy…piękne drzewko prawda?

[…]

W lesie obok Saldfortu drzewa szumiały cicho pokryte jesiennym szronem, pozbawione liści stały niczym smutne posągi minionego lata. Chłodny wiatr szarpał ogołoconymi konarami świszcząc melodie jesieni. Na skraju stawu który przylegał do lasu kaczki siedziały na brzegu napuszone chroniąc się przed chłodem swoim własnym pierzem. Gdy nagle coś sprawiło że rozłożyły skrzydła i jedna przez drugą wzleciały wystraszone w niebo.

Cos poderwało stare zeschnięte liście i zakotłowało nimi tworząc wir, z minuty na minutę coraz więcej liści podrywane było do góry a tworzący się z tego lej wyciągał z ziemi dziwny obiekt. Magia zaświszczała i zamigotała, a z ziemi wyłoniło się coś co po dłuższej chwili przybrało kształt starej studni.

Lekko zapadnięty i porośnięty mchem daszek nie zwracał jakoś szczególnie uwagi., jednak było w niej coś więcej. Gdy się spojrzało do środka widać było gwiazdy mimo iż dach zakrywał niebo a pora dnia była dzienna. Patrząc w toń miało się wrażenie jakby studnia otwierała coś co skryte było w sercu osoby która weń patrzyła. Jakby wyciągała z serc marzenia i obawy. Jakby chciała te marzenia spełnić…

Wiadomości jak zawsze z pierwszej ręki!

Wiadomości jak zawsze z pierwszej ręki!

Właśnie wczoraj i dzień wcześniej miały miejsce dni turniejowe z okazji urodzin Syna, miłościwie nam panującego Baroneta Ernesta Pryna. Na obchody turniejowe dnia pierwszego przyjechała delegacja wielu szlachetnych rycerzy narodowości różnych. Pojedynki były zaciekłe i wyrównane, jednak szczególną uwagę przykuwał jeden z uczestników. Okrzyknięty jako czarny rycerz! Ów szlachetny mąż powalił konkurentów swoich z zachowaniem wszelkiego taktu i honoru walki. A nagrodę jaką otrzymał zgodnie tak, jak tradycja nakazuje przekazał damie na szlacheckiej trybunie. Czym zaskarbił sobie serca tłumu! Po pojedynkach rycerskich odbył się turniej łuczniczy. Do rywalizacji stanęło pięcioro uczestników. Mimo nie sprzyjających warunków pogodowych uczestnicy osiągnęli wspaniałe wyniki, widać było że w konkurencji wzięli udział jeno zawodowcy.

Cytując jednego z uczestników „Jak wiater to cienżko trafić” Z czym nasza redakcja się w pełni zgadza. Po konkurencjach kapela muzyczna grała aż do białego świtu. A i nawet nie było nikogo kto by dawał w szyje za bardzo, wszystko było z taktem i umiarem jak przystało na tak wzniosłe wydarzenie.

Dzień następny obfitował w atrakcje artystyczne. Do miasta zawitała trupa teatralna „Zabłądzone dusze artystów” znana także jako niebieskie kaftany. Wystawili oni sztukę pod nazwą „Miłość bezwarunkowa” Opowiadająca o losach zakochanego krasnoluda oraz dziewki piorącej ubrania w rzece. Zdradzać nie będziemy szczegółów jednak tak dobrze publika przyjęła spektakl, że oklaskom końca nie było a i sama szlachta dołączyła się do zachwytów. Zaraz po teatrach na scenę weszła długo oczekiwana Bardka „Przepiórka” znana w tutejszych stronach z skromności, ale i z wielkiego talentu muzycznego. Zaprezentowała jedną z jej słynnych ballad inspirowanych walkami oraz życiem na froncie.

Po jej występie kwiaty ścieliły scenę grubą warstwą, a i po występie owa artystka została zaproszona na prywatne występy na dwór barona. Ostatnim gwoździem programu dnia drugiego były pojedynki tutejszych wojów. Co prawda nie szlachetnych, ale oglądać było co. Po małych zawieruchach kto z kim walczyć ma. Dzielni wojowie stoczyli zacięte pojedynki o chwałę i sławę. Zwycięzcę nagrodzono złotym wieńcem oraz łaskawym okiem samego Szlachetnego Pryna, a i dostał ogromne wiwaty publiczności…

~Wycinek z gazety „Przewodnik Salfdeński”

Gdzieś wojna a gdzieś zabawa

Kurz jesiennego poranka poderwał nadjeżdżający z Saldfortu jeździec. Zasiadł z konia i szybkim krokiem podbiegł do mężczyzny, który siedział na ławce i zszywał zniszczoną kurtkę.

-Natan wiesz co w mieście się dzieje? – zapytał młodzik poruszony bardzo.

-Zgaduje, że zaraz się dowiem. – Odpowiedział ten drugi nie odrywając wzroku od igły i nici.

-Turniej będzie! Już stawiają pierwsze namioty. A i widziałem jak rozkładają tarcze strzeleckie!

-I co to nas ma obchodzić? – Zszywa sprawnie ze sobą zniszczone skrawki skóry.

-A no to ci powiem! Planuje udział wziąć! Ot co! – Młodzik podreptał w miejscu machając włócznią tak iż strażnik za rogu poruszył się niespokojnie.

-Przecie nie jesteś szlachetnie urodzony- na chwile podniósł na niego wzrok- jesteś łowcą nagród chyba, a nie rycerzem herbowym. – Ostatni ścieg nici przegryzł zębami. I spojrzał krytycznie na swoje dzieło.

-Teraz najlepsze będzie! Wyobraź sobie że nie trza być herbowym co by udział wziąć! Wystarczy wpłacić za udział a i co umieć. Tak mówił jeden z tych co tam organizują to.

-To się wpłać, a nie mi rzyć zawracasz… – Ten od szycia spojrzał na młodszego kompana.

-No właśnie… ja w tej sprawie… masz pożyczyć ze 250 miedzi. Jutro oddam jakiem łowca…

[…]

Zarządcy Saldfort z przyjemnością pragną ogłosić turniej z okazji 20 urodzin Panicza Alberta Pryna. Pierworodnego syna baroneta i władcy Saldfenu Ernesta Pryna. W turnieju może wziac udział każdy szlachetny wojownik bez względu na pochodzenie byle by honorowo walczyć chciał i uiścił opłate rejestracyjną w wysokości 250 miedziaków. Turniej obejmuje zarówno walkę bronią dowolną jak i łuczniczy turniej dla sprawnych oczu. Na dwa dni będzie podzielony 3.12. dla łuczników część, 4.12 dla wojów. Atrakcje też będą wszelakie co by i zjeśc było i napić się a i z kultura poobcować a i radosne świeto uczcić. A kto zaszczytu zwycięstwa dostapi ten i o cenne nagrody będzie bogatszy. Rejestracja na turniej i pytania wszelakie kto zainteresowany znajdzie pod zamkiem Baronowym w Saldforcie.

[…]

Mieszkancy i przybysze! Rejestracja na turniej Saldfordski konczy sie jutro o godzinie 18:00. Udział może wziac kazdy od rycerza po strażnika miejskiego za opłatą i dokonując rejestracji pod zamkiem w Saldfordzie. W ta sobote o godzinie 20:00 zaczyna sie pierwszy dzien turniejowy na ktorym beda rozne atrakcje od pojedynku rycerskiego o 21:00 po wyczekiwany tuniej strzelecki o 22:00 sie zaczynajacy. O 23:00 zas tańce beda a i zagra zespół muzyczny sławny w calym srebnogorzu, napić sie bedzie też mozna bo i trunki sam baron ze skarbca opłaci a i zjeść bedzie mozna syto.

Siódmego dnia jak nakazuje tradycja o 18 godzinie wystąpi trupa teatralna po niej zaś zaśpiewa sławna Bardka „Przepiórka” jedną z ballad ktore na dworach przyjęte zostaly oklaskami. O 21:30 rozpocznie sie turniej mistrzów broni po którym zwycięzca zostanie uhonorowany przez samych szlachetnych Prynów!

Atak znienacka

Emersvort

Z powodu zamknięcia depozytu wszyscy mieszkańcy stolicy zostali zmuszeni wyprawiać się do najgorszej dzielnicy miasta, jeśli chcieli cokolwiek załatwić. Choćby wypłatę pieniędzy. Ów traf chciał, iż drugi depozyt znajduje się w slamsie. Z rzadka odwiedzany przez znamienitszych gości, o ile wcale, otaczał go motłoch i hołota najgorsza.

Tego wieczora pewien jegomość, ubrany w najlepsze szaty w jaskrawych barwach, tak różniących się od brązowej szarości otoczenia, wracając z ów okropnego miejsca został zaatakowany przez niezidentyfikowanego człeka. Jedni mówią, iż to te mocne kolory zachęciły napastnika, wszak mówiły one, iż mężczyzna odziany we fiolet i złoto to ktoś ważny, ktoś z wyższych sfer. A kto mieszkał we stolicy dłużej, od razu mógł się zorientować, kim ów ofiara była. Tacy to zawsze mają interesujące przedmioty. I pieniądze.

Inni mówią, iż to z powodu niedawnych zamieszek ludzie się buntują i atakują kogo tylko zobaczą. A że widzieli akurat szlachetnego, to nerwy im puściły, wszak to ich wina!

Rannego szlachcica zabrano do szpitala, gdzie został starannie zbadany i opatrzony.

Zarzewie

– Szósty raz Ci już tłumaczę, odkładaj te narzędzia i mnie posłuchaj, bo to ważne rzeczy są!

– Przecież Cię słucham! – co było tylko częściowo prawdą. Łukmistrz skupiał się bardziej na sklejaniu desek żywicą, niż na słuchaniu swojej urokliwej żony – Po co się to wojsku zbiera?

W końcu jednak odłożył narzędzia. Matka mu powtarzała, że złość piękności szkodzi, a w jego mniemaniu wygląd młodej żony był jej jedynym atutem.

– A Ty wiecznie tylko w tych narzędziach siedzisz! Nic nie wiesz! Wcale się tą… poli.. polistyką nie interesujesz, a to przecież…

– Mi się wszystko dobrze styka.

– ZOSTAW TE NARZĘDZIA! – żona pacnęła ścierą po łapach męża, który już miał wracać do roboty. – Wojska czarnych się zbierają w Dorzeczu. a dopiero co sojuszników stracili i teraz ich armia słabsza, a naszą ostatnio wzmocnili najemni zbóje! Tedy szansę mają nasi pobić czarne dużą.

– A skąd Ty durna babo to wszystko wiesz?

– Od Wasiakowej.

– A ona skąd wie?

– Bo szwagier krawcowej, która szyła Wasiakowej kieckę, ma kolegę którego brata ojciec jest byłym strażnikiem i zna kogoś z zamku, który mu to powiedział. ZOSTAW!

– Nie sięgałem nawet przecież.

– Ale patrzyłeś! Cicho siedź, na mnie patrz i słuchaj! Więc się zbiera na bitwę dużą, a Ci co wygrają pewnikiem pójdą dalej! A dalej od Dorzecza to jest tylko Zarzewie!

– Kurwa! – olśniło łuczarza – Znaczy że tu przylezą jak przegrają nasi bitwę! To będą nas oblegać! Dlatego strażnicy pilnują zbiorów! Pakuj się kobito. Jak zaczną oblegać gród, to do zamku mogą nas nie wpuścić, bo jedzenia mało! A czarni w Dorzeczu już ludzi za nic palili! Trzeba się zbierać póki czas.

Żona zakryła czoło dłonią, wzrok wbijając w ziemię. Wzięła głęboki wdech i pełnym sarkazmu tonem wyrzuciła z siebie:

– Co ja bym bez Ciebie zrobiła? Jak dobrze, że mam takiego zaradnego chłopa!

– Tak tak, nie gadaj tylko idź i nas pakuj… – odpowiedział jej pełnym wyższości tonem, sarkazmu nie zauważając. – Ja muszę tu jeszcze te deski wzmocnić jak chce dobry łuk zrobić…

[…]

Interes, jest interes! Warto zarobić nieco zawsze!

Z Zarzewia zbiegają ludzie obawiający się wojny i głodu po nieudanych zbiorach. Z Emersvort zaś wielu niezachwyconych ostatnimi wydarzeniami mieszczan. Kto by chciał dzień w dzień chodzić placem, na którym znalazło się zwłoki własnej matki dźgniętej przypadkiem w tłumie, gdy straż naparła na awanturników?

Tedy tanio! Taniutko! Za parę florenów można paru pachołków nająć, co dostarczą graty pod wskazany adres!

Kopalnia Saldfort

Kopalnia nie słynie z bogatych złóż, za to jest bogata w legendy i historyjki, które ją otaczają. Gdy odkryto złoża rozpoczęto szeroko zakrojone prace kopalniane, w nadziei na wzbogacenie się. Dziś rozwija się jedynie niewielka część kopalni. Górnicy podczas prac natknęli się na gigantyczną jaskinię. Z początku chciano ją eksplorować. Pierwsze wyprawy w jaskini mówiły o ogromnej pieczarze i tunelach, kierujących w głąb ziemi. Przez pierwszy tydzień nic nie zapowiadało katastrofy, jaka miała nadejść. Górnicy, pracujący w najgłębszych zakątkach zaczęli krzyczeć, a co odważniejsi pobiegli im pomóc. Reszta przeżyła, tym razem. Nie odszukano ciał, przynajmniej nie całych, bo gdzieniegdzie walały się fragmenty. Wezwano wiedźmina. Ten szybko uparł się z monstrum, zainkasował sporą sumę. Ludzie wrócili do pracy. Po tygodniu sytuacja się powtórzyła, tym razem nie znaleziono nawet śladów krwi. Kolejny łowca potworów wyniósł głowę potwora, następny parę głów potworów, a raz się zdarzyło, że parę głów jednego potwora.

Słynny łowca potworów Gyoward Chawier powiedział raz: „Może i jestem szalony na tyle, by walczyć ze smokami, ale nie na tyle głupi, by włazić w to leże potworów”.

Obecnie w kopalni można natrafić na grubą drewnianą ścianę wzmocnioną metalowymi kratami wbitymi w skałę. Niektórzy uważają, że szaleństwem jest przekraczanie drzwi, jakie wstawiono. Inni mówią, że szaleństwem było wstawienie tych drzwi, lecz szalonych nie brakuje, więc potwory wciąż kręcą się po kopalni. Wiedzą, że mogą się tam łatwo najeść.

[…]

Studnica

Od wczoraj gadały chłopy, żeby iść pod zamek, bo będzie pan gadał co ważnego. To przyszły. Nalazła się kupa wieśniaków przy bramie. Na wsi i tak wiele rozrywek nie ma. Nie to co w mieście – jakieś egzekucje, masowe mordy. Chociaż w Dorzeczu ostatnio się działo, ale takich rozrywek nikt w Studnicy nie chciał. Wystąpienie wielmoża wydawało się znacznie bezpieczniejsze.

Rosły mąż wyszedł z zamku do ludzi. Normalni szlachcice używali podestu, by przemawiać do motłochu, ale Robyn już teraz górował znacznie nad nimi, a mocny głos niósł się i po okolicznych lasach.

-Mieszkańcy Studnicy! – tłum, który szumiał wieloma pomniejszymi rozmowami, ucichł momentalnie – Otrzymałem list. – wielka łapa uniosła papierzysko do góry, pokazując go ludowi. Nikt w zasadzie nie wie po co, bo z tej odległości, nawet jakby ktoś z chłopstwa potrafił czytać, to by nie zobaczył, co na papierze stoi – List, na którym swój podpis złożył cesarz Emhyr var Emreis oraz cesarzowa Cirilla. – prezentacja listu się skończyła. Wielka dłoń jednak wciąż go ściskała – W liście zaś poinformowano mnie o zbliżającej się w stronę Srebrogórza armi cesarskiej, w skład której wchodzą wojska Cintryjskie. Wojsko ma stacjonować w południowej części Saldfen i wkroczyć na tereny tych, którzy nie ugną się przed wolą cesarza, oraz cesarzowej. – gdy wspomniał o cesarzowej nie mógł ukryć odrobiny rozbawienia – Wszyscy władcy mają się zjawić w Saldfen i złożyć oficjalny hołd przedstawicielom cesarstwa. W liście zapewniono, że cesarstwo weźmie pod protekcję wszystkich, którzy pragną pokoju. – zamilkł.

Wznowił dopiero po parunastu uderzeniach serca.

– Dostałem też drugi list. List od Diuka Vadenkampa, wzywający do wojny i zmasowanego ataku, w celu zdobycia jak największej ilości ziem, przed przybyciem wojsk cesarskich.

W obliczu ostatnich wydarzeń w Dorzeczu oraz Emersvort, chciałbym powiedzieć, iż wasi mężowie i synowie wracają do domu! Nie będziemy dalej brać udziału w tym konflikcie! Przyjmujemy propozycję pokoju, jaką oferuje cesarz.

W tłumie rozległo się parę płaczy, parę radosnych okrzyków. Ktoś zaklaskał. Wizja ponownie zjednaczających się rodzin napełniła wiele serc radością. Ci, którzy obserwowali uważnie Robyna, widzieli jak patrzy na dwa kawałki papieru ściskane w obu dłoniach, a na jego twarzy wyczytać jak z księgi można było, iż ten bije się z myślami.

Wymarsz

Emersvort

Jurdan przywykł do tego, że musi czekać. Najpierw mu się mówi, że ma na łeb na szyję gnać, a potem czekać. Syn chłopa wszak ma gnać, a panicz myśleć, więc czekał.

Od kiedy zjawili się posłowie w Salfdorcie miał dużo więcej pracy: dostarczyć list tu, dostarczyć list tam. Wcześniej pracował tylko dla Pana Horeza, czasem tylko jakąś prywatną pocztę kogoś z rodu Prynów, ale wszystkie oficjalne sprawy wiadomo kto w tym zamku załatwia. A teraz, teraz ma trzech panów. którzy co chwilę coś chcą wysłać. Teraz słał dalej listy. które wcześniej im dostarczono. Zapieczętowane cesarską pieczęcią. Rozległ się huk, odgłos łamiącego się drewna i krzyk złości. Minęła chwila nim po dziedzińcu zaczęli biegać wojskowi. Jednego z nich poznał. Był to ten który odebrał od niego list. Gdy udało mu się go dorwać i dopytać kiedy dostanie odpowiedź, dowiedział się jedynie informacje, że odpowiedzi nie będzie.

– Zwijać namioty! Zbieramy się do wymarszu, raz raz!

– Panie Sierżancie, ale gdzie ten wymarsz?!

– Tobie nie pytać tylko robić! Ale… powiem wam, że jak chcecie dupczyć coś, to się pospieszcie. Na front idą wszyscy! Każda tarcza, każda włócznia będzie teraz potrzebna!

Zarzewie

Jurdan zaraz po kursie do Emersvort, wyruszył do Zarzewia. List miał taką samą pieczęć. Aż bał się, co tam zastanie. Czekał jeszcze dłużej niż w stolicy, ale za to udało mu się wyżebrać grochówkę, którą robiono dla straży. Jurdan lubi grochówkę i nawpierdalał się tak, iż bał się drogi powrotnej. Gdy wejdzie w szybki kłus, to może się porzygać. Tym razem była odpowiedź. Mina człeka, który przyniósł list była sztucznie spokojna, a Jurdan dobrze wiedział, iż wcale to nie znaczy, iż wieści były lepsze. To, że dziś niebo jest spokojnie, nie znaczy, że jutro nie będzie burzy.

Polna

– Co wy robicie?! Gdzie ten wymarsz?! Z czyjego rozkazu?!

– Z rozkazu Thorrena znad Miedzy. Wszyscy jego podwładni mają się wycofać z frontu do domów.

– Jakie wycofać?!

– Mości Thorren wysłuchał swoich ludzi, szlachty oraz prostego chłopstwa, które wprost wyraża niechęć do wojny. Odmawia dalszego wspierania Diuka w tej niekończącej się wojnie.

– TO ZDRADA! Nie pozwolę na to! Poniesiecie tego konsekwencje!

– Proszę mi nie grozić, zwłaszcza pustymi groźbami.

Egzekucja

Egzekucje zwykle przynoszą wiele radości dla obywateli. Nic wszak nie daje większej radości, jak widok świeżych wnętrzności na szafocie. Flaków tego dnia i krwi, było znacznie więcej niż na zwykłej egzekucji. Jednak tylko ułamek spływał po szafocie.

Miał być proces. Zebrało się sporo obywateli pod sądem, jednak ich nie wpuszczono. Oświadczono, iż skazaniec przyznał się do winy i zaraz zaczną wykonanie wyroku. Normalnie wywołałoby to radość wśród ciżby, wszak przechodzą od razu do najlepszego fragmentu!

Ale nie dziś. Dziś mieli sądzić Kermuna Aep Brittena. Mimo że to Nilfgrardczyk, wlał w serca wielu północnych żar walki, gdy przemawiał do ludu szczerymi, pięknymi niczym poeta, a przy tym prostymi słowami trafiał do serc. Wielu obywateli, którzy pokładali nadzieję w cesarstwie zwątpiło, czy aby na pewno wyjdzie im obecna władza na dobre.

Tłum był poddenerwowany, straż również. Od paru dni zwolennicy Aep Brittena lżyli ich na ulicy, pluli. Kończyli wtedy zwykle w celi. Często dostali pałą przez mordę, a najczęściej jedno i drugie, ale mundur dalej był brudny, a zniewaga zostawała w sercu.

Wprowadzono Szlachcica Kermuna Aep Brittena na szafot. Czekał na niego już mistrz mało dobry, gotów do cięcia. Skazaniec był mocno pobity i zakneblowany. Motłoch zakrzyczał niezadowolony, poleciały wyzwiska, acz nie w stronę skazańca, lecz w stronę tych, którzy go przyprowadzili. Złościli się też co lepiej ubrani członkowie zgromadzenia, wszak oto wprowadzili szlachcica pobitego, zakneblowanego, który jakoby się przyznał do win. Zdrajca czy nie, szlachcie wszak szacunek się należy!

Z tłumu poleciało parę warzyw, kamyków. Trafiły one na potężne tarcze wojska, odgradzającego szafot od mieszczan, a na podest wkroczyła pani Burmistrz. Kobieta wiecznie uśmiechnięta tak szeroko, jak fałszywie. Nie bacząc na słowa ludu rozpoczęła przemowę. Nie dane było jednak jej dokończyć. Całkiem spory kamień wyleciał z tłumu i ugodził ja prosto w czoło. Oblicze kobiety zmieniło się nie do poznania. W oczach pojawił się ogień, a z ust poleciały słowa o które nikt by jej nie podejrzewał:

– Zajebcie tego skurwiela, który we mnie rzucił! – wojsko uznało to najwidoczniej za rozkaz wkroczenia. Do tej pory trzymali twardo szyk, ale owoce i zgniłe jajka, jakie w nich trafiały, nie działały kojąco na nerwy. Uniesiono miecze. Tłum odpowiedział walką. Sztylety, pałki, a i trafił się jakiś szlachcic z gorącą głową. Trup ścielił się gęsto. Przypadkowe ofiary padały z winy obu stron. Plac wolności spłynął krwią. Część rozgniewanych mieszczan uciekło tylko po to, aby zetrzeć się ze strażą w innych miejscach.

Gdy wszystko ucichło trudno było odszukać ulice nie splamioną krwią. Tego dnia zmarło wielu ludzi z różnych warstw społecznych. Pośród nich znalazł się między innymi znany kupiec Gustav Vanizzi.