Archive | Bez kategorii RSS feed for this section

Zachodnie Słońce

Błyski na horyzoncie w pierwszej chwili zaalarmowały straż portową i celną, którą zaraz w stan gotowości postawiono. Dopatrując się w tym zjawisku działania sił magicznych zapobiegawczo posłano i po nadwornego czarodzieja. Ku zdziwieniu ogólnemu na miejscu go jednak nie zastano, choć legenda głosiła przecież, iż zamknięty był klątwą albo i aresztem w najwyższej komnacie tej najwyższej, zdobionej srebrem i złotem, wieży w stolicy.

Migotliwy lęk portowców z czasem przybrał inne kształty. Wymalował się wyraźniej, konturami okrętu o nieco poszarpanych, zielonkawych żaglach, zdobionych złotem na burcie – i jak się zdaje – nie tylko na niej. Dziób okrętu przez fale prowadziła nie kobieta zaklęta w drewnie, a wąż z głową zakrytą egzotycznie zdobionym hełmem. Wąż owy, pręgowany był barwą i majestatycznymi żłobieniami, choć ciosany kanciasto. Było w tej sztuce coś imponującego, zatrzymującego wzrok ciekawością i czymś niespotykanym, nietypowym. I tu nie brakło gładkości złotych elementów, rozpraszających promienie słońca, odbijających je jak rozkołysane grzbiety fal w letnie południe, oślepiające wzrok ową świetlistą grą.

Zahrat Alsahra zacumował nieopodal Emersvort, we wtorek po południu, 22 lutego roku 1272, czekając na zezwolenie służb celnych do zadokowania w porcie.

Jaki jest koń, każdy widzi

„Pracę nad wierzchowcem winno się zaczynać dopiero gdy ten lata trzy ukończy, a jeśli źrebię zaś wiosennym miotem na świat przyszło, tedy i po czterech nawet; kolejnych miesięcy osiem odczekawszy przed zaczęciem ujeżdżania, a i przyzwyczajania go do dotyku człowieka. Jak przyjęło się powszechnie i nieraz znać o sobie przesąd owy dawał – dotyk dłoni na źrebięciu, nim odpowiedni wiek ukończy, źle na jego wzrost wpływa.

Po latach trzech, wraz z początkiem roku, źrebca z ogólnej zagrody winno się zabrać i umieścić w stajni na uwiązie, najlepiej między dwoma starszymi, spokojnymi i ułożonymi już końmi. Prędzej i chętniej zwierzę takie pokory nabierze, a i dla jedzenia chętniej podejmie się nauki, pozwalając na nóg głaskanie, unoszenie ich jak do podkucia i obstukiwanie kopyt drewienkiem. Po kolejnych dwóch miesiącach konia nadal w stajni, ale pod siodłem trzymać należy (…).

Ogier pod wojskowe siodło najpewniejszy i najlepszy jest w całości, bo gdy ustanie to po odpoczynku niedługim pójdzie dalej. Wałacha zaś albo porzucić przyjdzie, albo odpoczynek dać mu znaczny. Tedy ogiera powstrzymywać przychodzi w jego zrywach, kastrata zaś nieustannie popędzać trzeba. Przeto wałacha ćwiczyć lepiej z listami, do woza albo i na polowania, bo do boju, gdzie wierzchowcowi mocy i chęci potrzeba, ten zupełnie się nie nadaje.”

– Borhan Lenne „Dobór i ujeżdżanie konia kawaleryjskiego”, fragmenty.

Zdarzało się już wcześniej, że konie, zwłaszcza kawaleryjskie, do grodu bez jeźdźców swoich wracały. Inne ostawały przy trupach czy rannych, znać tako dając, póki kto ich nie wypatrzył.

Tedy widok ogiera pod bramami górskiego Zarzewia sensacji wielkiej nie wzbudził. Ogier jednak, nie tylko wzburzony się zdawał, choć ran żadnych znać na nim nie było, ale i siodła był pozbawion. Na współpracę i poddaństwo ochoty nie miał, płosząc się łatwo, zupełnie do konia kawaleryjskiego zwyczajem niepodobnym. Po liny zaraz do grodu kogo posłano, by wierzchowca na postronek chwycić Zwierzę jednak, w panice niezrozumiałej, uciekając przed usiłującym zatrzymać go strażnikiem wpadło do potoku. Nim konia całkiem spisano na straty, ten ku zdziwieniu wszystkich, po brzegu wspiął się cudem jakimś, opatrznością i łaską Melitele kierowany, a po kąpieli zimnej, szaleć przestał i w końcu udało się go pochwycić.

Choć bez jeźdźca i bez siodła, gawiedź od razu rozpoznała wierzchowca jednego z zarzewskich wojskowych, „fachowca od wywarów”. Wiedząc, że co niedobrego zajść musiało, kilkuosobowa grupa zbrojnych ruszyła na poszukiwania, rozlewając się błękitem opończy między drzewami.

Ostatnia noc

W Dorzeczu tradycją było już świętowanie Imbaelk wcześniej niż zgodnie z kalendarzem elfim, jak było to w zwyczaju. Nie rzecz w tym tkwiła jednak, iż tamtejsi mieszkańcy za lepszych się od reszty świata uznawali. Lata temu, jak legenda miejscowa głosi, tak stara, że i świadków by ją potwierdzić już się nie uraczy, dziecko się narodziło staremu młynarzowi. I w tym również niczego nadzwyczajnego dopatrywać się nie szło na rzut oka pierwszy, bowiem stary młynarz córek miał sześć już, a każda z nich talentem wielkim do szykowania strawy się poszczycić mogła. Dziecko jednak, ku zdziwieniu i szczęściu wielkiemu młynarza, na świat przyszło jako pierwszy jego męski potomek.

Radość całym podgrodziem zawładnęła. Pito i jedzono dni wiele, póki sił i wina na to świętowanie starczyło, tak wiele uwagi temu zajęciu poświęcając, że i zupełnie zapominając o mijającym Imbaelk. Ile w tym prawdy, nie wiadomo, legenda jednak, w dalszej swojej opowieści, mówi o śmierci, która w złości za owe zapomnienie, między domami przeszła i wszystkie niemowlęta z sobą zabrała. Od tamtej chwili, mieszkańcy Dorzecza by o święcie nie zapomnieć i za winy przodków raz drugi nie zapłacić, zapobiegliwie świętowanie zaczynają wcześniej.

Tak się złożyło, iż w roku 1272, mieszkańcy Dorzecza, do Imbaelk, gotować się zaczęli w sobotę, dwunastego dnia miesiąca. Jako, że praca w dni świąteczne zakazana jest zarówno w społeczności cintryjskiej jak i nilfgaardzkiej, nikt się do roboty nie zabierał żadnej, ponad tą, która konieczna do zrobienia była. Gospoda „Pod Bieżącym Barankiem”, jak w każde święto, wieczorową porą pełna była po same brzegi. Tym bardziej, że od czasu zdobycia Dorzecza, mrowie wojska we wsi bytowało. Mniej czujne, a bardziej jakoby przychylne, w winie i gorzałce miejscowej zatopione, spojrzenia wojaków z Polnej bardziej za dziewkami wyglądały niż na trakty i wydeptane dróżki. Dyscyplina nilfgaardzkiej armii świętom żadnym zanadto się nie poddawała, tedy niepokojony złą myślą Edgar aep Orm wyprowadził ze stajni swojego wierzcha, dumnego Ellanderczyka, i ruszył ze swoim niepokojem twarzą w twarz się zmierzyć.

Noc gęstniała na nieboskłonie, ciemniała w oczach, uwydatniając wrażeniem okrzyki, śmiech i wiwaty z karczmy się niosące. Żwir pod kopytami karego konia, zgrzytał miarowo w spokojnym spacerze, przebijał się przez inne odgłosy zapadającej ciemności. Już miał zawracać, już trącał wałacha piętą w bok, kiedy kawałek dalej trzasnęły gałęzie. Ruszył, by to sprawdzić. Musiał. I był to ostatni patrol nilfgaardzkiego oficera.

Niedługo później jego bestialsko porąbane na kawałki ciało znaleziono w sadzie, nieopodal „Bieżącego Baranka”, którego biesiadnicy zaniepokoili się widokiem wałacha bez jeźdźca w siodle, stojącego wiernie przy stygnących jeszcze szczątkach.

Tajemnice Zarzewia

Jan znad potoku, jak wiadomym było w górskim Zarzewiu, gwałtownikiem był jakich mało. Przed nikim się nie korzył, za nic miał powszechne i niezrozumiałe dla niego autorytety, jak choćby ten w postaci zmarłego już – dzięki ci Melitele – horodniczego Verne’a. Jan, w prostocie swojej porywczości, jak coś do kogoś miał to i chętnie się tym afektem z najbliższą okolicą dzielił. Wszystkich sprawiedliwie po równo ciepłym słowem obdarzał, szczególnie często jednak straż w jej działaniach pochwalając. Jan, na tyle zwyczajowym stał się elementem zarzewskiego krajobrazu, iż nawet jego okuta gwoździkami, drewniana ręka sprawiedliwości, mniej już przerażała a i dziwić przestała dawno.

Jan, co również wiadomym było w grodzie, rodzinę swoją kochał nade wszystko – choć miłość nierzadko była to głośna i bolesna – gotów był w jej czci i zdrowia obronie, po wszelkie środki konieczne sięgać. Tedy, gdy nieszczęście wielkie cieniem na rodzinę Jana padło i tym razem stanął na wysokości zadania, jak każda głowa rodu ma w swej powinności.

Jak pies wściekły walczył ze złym słowem i pomówieniem obelżywym, kiedy to straż przez sąsiadów nasyłana, pukała do jego drzwi, rozpytując o krzyki i hałasy dochodzące z poddasza. Okutą gwoździkami pałką rozganiał wątpliwości i krzywe spojrzenia, w stronę jego rodziny kierowane. Wiele tygodni to trwało, wiele nerwów kosztowała Jana taka walka. Te plotki, których Jan rozgonić nie zdołał, albo o których nawet nie wiedział, zdradzały, iż na strychu jego domostwa zalęgło się potworzysko jakieś, albo i duch wrzeszczący po nocach. Inni jeszcze, za Janowymi plecami szeptali, o jakiej opętanej co ją rodzina przed światem chowa, by wstydu nie było i co by żaden parszywy wiedźmin kociorzerca jej nie ubił. Inni jeszcze, w owej opętanej dopatrywali się jednej z dwóch córek gwałtownika, której od dawna w grodzie widać już nie było, a która ponoć za mąż wydana została.

Plotki, miast z czasem cichnąć, na nowo zakwitły z początkiem lutego. Paradoksalnie wtedy, kiedy krzyki na piętrze domostwa nad potokiem ustały zupełnie. Plotki zakwitły cintryjskim błękitem, pstrzącym ulice pod drzwiami, błękitem zadającym wiele pytań, wyraźnie czegoś szukającym. I o tej zmianie mówiło się różnie. Jedni pewni byli, że porywczy pan domu męki córki swojej skrócił, inni zaś, że dziewczynę porwano, a jeszcze inni…
Ach, długo byłoby opowiadać.

Wieki ciemne

Zaprawdę powiadam wam, oto nadchodzi wiek plag i klątw, wiek palącego słońca. Nadchodzi czas czarnej spiekoty i czarnego mroku, czas zatracenia i czas ułudy, Tedd Beatha Tuvean, czas żywej śmierci. Świat wyschnie, palony żarem, a odrodzi się w ciemnościach. Odrodzi się z nieczystej krwi, z Ard Bloed, z pyłu i prochu. Pyłu, który zakryje słońce. Śmierć wezwie swoje dzieci do powstania i ruszy przez świat żywych, siejąc w suchej i wyschniętej ziemi chaos. Wypatrujcie znaków, wypatrujcie znaków…

Przepowiednia obłąkanej spod lecznicy w Emersvort, rok 1271

Noc swoim nadejściem z wolna gasiła słoneczne światła nad stolicą, błyszcząc ostatnią łuną złota i pomarańczy od strony zachodu. Jak każda zima, nie licząc ostatniej, która zaskoczyła nie tylko powoźnych, ta również była dość ciepła, wyzbyta mrozu i chłodów ciężkich. Od Saovine, aż do Imbaelk, kiedy to upiory w sen zimowy zapadają, czasy to najspokojniejsze są dla grabarzy i inszych bab cmentarnych, pełne opowieści, które upiorów owych nie mierzą i w gniew rychło nie wprawiają, bo upiory sił nie mają jeszcze do nerwowania, póki czas Kiełkowania nie nastanie. Czas to najlepszy, by dziada zapytać co widziały jego dziadzie oczy, co uszy słyszały jego starcze i jakiego chłodu na własnej, pomarszczonej zaznał skórze. Łyk gorzałki przepłukał gardło i umysł, tego najstarszego z zebranych, nim podjął dalej swą przydługą już opowieść.

– Ona zaś zawodziła co noc, płacząc i szukając pomocy, łzami się swojemi perlistymi zalewając, puchnąc w płaczu jako ryba kolcem najeżona i marniejąc na zmianę. Raz szukała drogi do domu, raz pytała o dawnych kochanków, a innym jeszcze razem o to, czy runem owce już zarosły, bo jej zimno i zimno. I on, ten co go wespół z nią uchowały, płakał i pomocy szukał – by go wzięły z łaski swojej i wykopały prosił, by kości na wiatry cztery rozrzuciły, albo na śmietnik jaki wynieśli, bo już tam mu lepiej będzie, niż słuchając tego zawodzenia topielicy. Nocy pewnej już nie wrócił. Mówią, że wiedźmin jaki rytuały odprawił i ducha jego do snu złożył jak trza i wypada. A może, kto wie, prośby duszy udręczonej usłuchał i kości na śmieciowisko szczurom i psom dzikim zniósł.
– A ona?
– Ona czasem jeszcze wraca. I ja bym wracał, bo grobowiec ma nielichy, się rodzina wystarała i wykosztowała. Musi wiele krzywd dziewczynie winne były i na drogę ostatnią grosza nie szczędziły, by ich odwiedzać zza grobu nie chciała. Niespokojna to dusza, nieszczęśliwa. Wódką takiej o spokój nie uprosisz, jak Jędrusia naszego, co jak mu braknie, to butelką zadzwoni i czeka, aż mu w ziemie poleją. Był i taki co się Hrabią tytułować kazał, alejkami szwendał się i pytał kruków czarnych jak smoła, co drzewa suche obsiadały, „Czemu ona mnie to uczyniła?” A znać było, że ukaże się zaraz po stukaniu kijaszka, którym się podpierał.
– Tedy przeto chętniej palą teraz. Coby spokój był wiekuisty, bo takie spalone to nie wracają ponoć tako chętnie.
 – Nieprawda to, wracają, bo ogień, nawet choćby był i Wiecznym Ogniem, duszy spalić nie może. A palić, palą, coby wdowy nie mdlały, kiedy w trumne tuż przed złożeniem do dołu, pukać zmarły zacznie. Choć jak zapuka to pół biedy jeszcze. Gorzej jak gadać i zawodzić zaczyna.
– Gadać?
– Ze dni temu kilka, chowano tu strażnika, co go na sznurze w lesie odnalazły. Sam sobie dopomógł, jak mówili. Rodzina miejsce wykupiła, Stainowe robotniki się zajmowały wszystkim. Umalowały go nawet, by śladu po sznurach widać nie było zanadto, bo i wieko otwarte być miało dla rodziny przed pochówkiem. Dobrą robotę zrobili, jak żywy chłop wyglądał, a i nie tylko wyglądał, bo jak go zasypywać zaczęli, to się strasznie chłopina zdenerwował.
– Trup? Trup się zdenerwował we trumnie? I co? – dopytywali na przemian pozostali.
– I nic – ze spokojem odparł stary, popijając gorzałczynę. – Z tych nerwów to wziął i umarł raz jeszcze.

I tylko psa żal

-Uciekać! Uciekać komu życie mił…
Kolejna, najpotężniejsza z eksplozji, którą poprzedził szereg mniejszych, spowitych gęstym dymem, wstrząsnęła ziemią, wyrwała szyby z okien i rozsadziła mur, rozsypując jego odłamki po całej ulicy. Ogień, mieniący się wieloma kolorami, jak i dym, który osiadł gęstą mgłą, wylewając się z powstałej wyrwy, lizał płomieniami spękane ściany, zajadał się rozlanymi po podłodze substancjami, chwytał resztki mebli w swoje rozpalone jęzory, dusił, drapał gardła i oczy zebranego, przerażonego całym zajściem tłumu.

– Gasić! Gasić!
– Nie! Nie wchodzić! Tam dalej coś wybucha!
 – Gasić, bo inne budynki zajmie!
– Straż!
– Nie podchodzić!
– Tam ktoś jest!
– Pies! Psa puśćcie! Za psem idźcie!
– Wody! Więcej wody!
– Żyw kto?!

Przekrzykiwali się, biegali w popłochu, walcząc z ogniem i dymem. Straż nie panowała nad powstałym chaosem, sama nie mając pewności co właściwie zaszło w domu zamieszkałym przez nadwornego, zarzewskiego czarodzieja.

– Ciało!
– Żyw?!
– Kto to jest?! To on?
– Drugie ciało!
– Nikogo więcej?!
– Wyjdźcie! Prędko! Tam dalej co wybucha!
 – Gdzie jest pies?! On miał psa!
– Tylko dwa ciała?! Nikogo więcej?! Sprawdźcie górę!

Ulatujący dym, rozrzedzająca się, dusząca mgła odsłaniała z wolna zgliszcza. Odsłoniła trupy, ukazała rozmiar powstałych zniszczeń, zagnieżdżała się ujmującą ciszą… Cichły krzyki, gasły nawoływania, a na ich ruinach kiełkowały coraz śmielej pytania, niezrozumienie i domysły – cała masa niepewności bez żadnej, konkretnej odpowiedzi.

– Zanotujcie szeregowy. Mężczyzna i elf.
– Elf?
– Elf, ten z aresztu. Ten sam, którego czaromiot kazał sobie do domu sprowadzić.
– A po co?
– Nie wiem, może w raportach coś jest na ten temat. Krasnoludzie, rozpoznajecie ich?
– Tak… Rozpoznaje.

 

Trupy sprzątnięto z ulicy, uszkodzony budynek, dla bezpieczeństwa zaś odgrodzono. Żałoba, jeśli odwiedziła to miejsce chwilę wcześniej, odeszła szybko, pozostawiając po sobie uliczkę, po której kręciła się już tylko straż. Ci, którzy przybiegli zwabieni eksplozjami, odeszli w stronę bramy, chcąc czym prędzej zrzucić z barków brzemię niedawnej przyjaźni.

Smooook

Poranna rosa osadziła się na wysokich butach łowcy. Nie była jednak jedyną wilgocią pokrywającą wysokie trawy na granicy lasu dzielącego Saldfen od Grzywy. Nad polanką, którą przemierzał właśnie mężczyzna wciąż unosiła się czerwonawa mgiełka. Nic dziwnego, krwi było tu tyle, że nawet pół nocy nie starczyło, by zdążyła wsiąknąć w ziemię.

Łowca ściągnął kapelusz, raczej nie by okazać szacunek poległym, a w jakimś głupim, niekontrolowanym odruchu, chęci zajęcia czymś dłoni wobec bezradności jaka owładnęła go na widok rzezi przypominającej abstrakcyjne malowidło pomylonego artysty o kilka pokoleń wyprzedzającego swoje czasy.

Ciało może i odmówiło posłuszeństwa, ale zmysły wyćwiczone miał nad wyraz, nie mógł się oprzeć, patrzył, analizował, czytał z tej mozaiki ciał historię zajścia, w którego opis sam nigdy by nikomu nie dał wiary. Ciał było pięć… a może sześć? Wszyscy to ludzie, wszyscy mężczyźni, rośli i uzbrojeni po zęby. A to co ich zabiło to niechybnie też były zęby… zęby i pazury, nic innego wszak nie jest w stanie pozostawić takich ran.

Pierwszy rozorany był w poprzek piersi, zaszlachtowany pewnie jednym ruchem łapy. Większej niż niedźwiedzia i to znacząco. Drugi leżał kilka stop dalej, twarzą tonąć w kałuży własnej krwi. Na plecach nie znać było śladów, widać impet uderzenia musiał być tak silny, że zabił go na miejscu, obracając ciało wokół własnej osi. Trzeci, czwarty i piąty leżeli dalej, rozrzuceni kilka metrów od tamtych, w dość równych od siebie odstępach. Coś musiało zmieść ich jednocześnie, jednym szybszym od myśli ciosem, jakby kto cepem raził trzy wiechcie słomy na raz. A szósty. Bo zdecydowanie był też szósty… leżał w dwóch częściach, jak szmaciana lalka przypadkowo rozdzielona przez dwójkę spierających się o nią dzieci. Pierwsza połowa, nogi przytwierdzone do krótkiego kadłubka, leżała obok pierwszych dwóch trupów. Druga, spory kawałek dalej, dobre kilka metrów. Połamane żebra wysypywały się z worka skóry i wnętrzności otoczonych giętą blachą i konfetti metalowych kółek porwanej w strzępy kolczugi. Coś niechybnie przegryzło go, przepołowiło jednym ugryzieniem, zmiażdżyło zębiskami i wypluło. Jakieś 15 metrów dalej leżały zwłoki zwierzęcia, żubra, byka albo tura, ciężko było ocenić z tej odległości a łowczemu nogi dawno wszak odmówiły posłuszeństwa. Cokolwiek jednak zwierzę zabiło, musiało pożywić się nim i zniknąć gdzieś, nie pozostawiwszy po sobie więcej śladów. Zupełnie jakby… zupełnie jakby latało…

 – Luuuudziee! Ratujta się! Do karczmy, do karczmy, pod dach biegnijta czem prędko! SMOOOK! Smok nad lasem! – zawołał przerażony krasnolud o gęstej, rudej brodzie. – Sama żem widziała – zawtórowała głośna baba z koszem prania. – Tamoj nad las poleciał! A jak cień położył to myślała, że kto słońce zabrał, że noc naszła, taki on był wielki! – To co tu stoicie! Ratujta się kto żyw, do pensjonatu, pod dach a żywo! – wrzasnął stajenny czym prędzej rzucając się w stronę piętrowego budynku.

Zdobycie Dorzecza

Volter już raz walczył o Dorzecze. I wcale nie śpieszno było mu do powtórki, tym bardziej, że nie doleczył do końca upierdliwego rwania w kolanie, które skruszyło się pod uderzeniem buzdyganem. Albo piernaczem. Jednak był wierny sztandarom diuka Jana Vadenkampa i skoro padł rozkaz „Na koń!”, to wdrapał się na osiodłaną, młodą klaczkę i dołączył do brygady. Poszło sprawniej i bez chaosu towarzyszącego ćwiczeniom. Może dzięki temu,iż o tym, że Grzywa miała zaatakować wiedzieli już wcześniej. A miało to najpewniej związek z oficjalną delegaturą tego strasznego mężczyzny o srebrno-złotych włosach i przerażającej twarzy, który odwiedził kilka tygodni wcześniej majora Vadenkampa, doglądając przy okazji otępiałego wciąż panicza Filipa. Volder odetchnął, a westchnienie te cichym, metalicznym poszmerem odpowiedziało w ogniwach czepca. Wcisnął na głowę hełm, opuścił przyłbice i na wymarsz pchnął klacz w miękkie ostrogami w kształcie promienistej tarczy słońca.


– Walka przebiegła na froncie wschodnim i południowym. Ten pierwszy od północy zamykał jeden z garnizonów, zgodnie z wolą, dający się podejść dla zaskoczenia i odwrócenia uwagi od odwrotu oddziałów rheńskich, które miały wesprzeć wojska diuka Jana Vadenkampa na głównej linii walk. Do zbrojnych z Grzywy dołączyły ochotnicze hufce wiekoborskie. Nieliczne jednak, ponieważ przemarsz głównej siły zatrzymały brygady Domu Księżyca jeszcze na terenach Wiekoborza, tuż przy granicy.

Rycerz aep Rhenfausen zakręcił w palcach koniec imponującego, nawoskowananego i namaszonego olejkami zarostu. W ocenie Voltera dumnie prezentował się w oksydowanym kirysie przyzdobionym i ozłoconym na piersi grawerem Wielkiego Słońca, by każdy, kto przed nim staje, od razu wiedział, że reprezentuje potęgę Cesarstwa. Potęgę, z którą starły się „Srebrne Lwy”. Zdradzone i upokorzone na polu bitwy, które polem właściwie zupełnie nie były, bo bili się w lesie, na dodatek wieczorem, kiedy widoczność ograniczała się do skąpego blasku latarenek przytroczonych do juków oraz księżycowej łuny. Szlachetny zbrojny z peleryną podszytą szkarłatem podjął dalej.
– Sojusz między Rheną a Grzywą został oficjalnie zerwany. Żebyście widzieli, Majorze, tę rozpacz i wściekłość wydzierające z oczu Lwiątek! – zakpił, uśmiechem rozciągając wąskie usta. Kapitan Volter przytaknął na zgodnę wobec słów tamtego. Rzeczywiście „chłopcy”, jak określano żołnierzy pod de Morrowem, nie do końca wiedzieli, co się stało. Ich uwaga rozproszyła się, koncentracja została skruszona i padła w popioły morali.

– Dorzecze nie broniło się wcale. Nie było już komu. Ostatni zbrojni poddali zamek, po wcześniejszym, niekontrolowanym ostrzałem z udziałem nadwornego maga dworu stołecznego. To była kwestia czasu. Mieli do wyboru poddać się albo pomrzeć w najbliższych tygodniach z głodu, bo zapasy pokurczyły się przez te ostatnie miesiące niemal do cna. Donal, wraz z rodziną, zostali aresztowani, nocą przetransportowani na zamek w stolicy. Jeńcy. Ale szlachetnego pochodzenia, zatem przysłużą się najpewniej szczytnym celom.

Volter mógł tylko domyślać się, co rycerz miał na myśli, tym bardziej, że obaj – on i major, wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie wypowiadał się jednak, zrobili swoje, teraz mogli popalić ciała współwalczących i wrogów, by nie rozeszła się jakaś zaraza.

Ludzie! Zejdźcie z drogi, bo…

Goniec przybył do stolicy cesarstwa długo po zmierzchu. Plac Tysiąclecia w świetle latarni prezentował się jak zwykle imponująco – może to wpływ wyjątkowej architektury, a może złej sławy, jaką temu miejscu nadały publiczne i jakże efektowne egzekucje, których tu dokonywano. Późna pora i zmęczenie pobudzały wyobraźnię. Owszem, mówi się, że za złe nowiny nie zwykło się winić posłańca, ale kto by tam dawał temu wiarę, zwłaszcza jeśli wieści są naprawdę niedobre.

Goniec nie znał co prawda treści listów, które niósł właśnie do rąk własnych jednego z marszałków, ale na trakcie z Cintry to i owo obiło mu się o uszy. Doskonale wiedział, że wojna domowa w Srebrogórzu, choć z punktu widzenia całego Cesarstwa mogłaby zdawać się mało istotna, to dla pewnych wpływowych mężów stanu jest wręcz solą w oku. 

„Od wysadzenia Nilfgaardzkiego Domu Kultury nie minął nawet rok a Emersvort zdaje się być w coraz gorszym stanie” – pomyślał, przemierzając kolejne stopnie wijące się stromo ku szczytowi wysokiej wieży. „Najpierw jakieś zamieszanie z nadwornym czarodziejem, który ponoć ścigany był listem gończym i ukrywa nie wiedzieć gdzie. Pewnikiem wszystko przez ten wielki kamień z nieba”. 
Kolejne stopnie forsować było coraz trudniej, to i dech łapiąc na półpiętrach, goniec fantazjował dalej, o czymże to jeszcze mogła być mowa w owych listach. 

„A może to wszystko przez elfy? Długo tam trwały zawieruchy. Dzielnica nędzy, potem i getto w jej sercu… Wpierw małe starcia, prowokacje aż w końcu musiało się tak skończyć. Nieludzie chwycili za broń, wygnały swoich sąsiadów, pomordowały ludzką biedotę a na odpowiedź nie trza było czekać długo. Łunę na niebie to i sam widziałem – pewnie z pół miasta poszło z dymem tej jednej nocy. Ta, to na pewno o elfach mowa. Bo o czym innym?” – pomyślał biorąc się do pokonywania ostatniego już piętra.

„Wszak… szkurwa, ale tu wysoko! Wszak, to przez nieludzi sam Diuk Jan wprowadził w stolicy Srebrogórza stan wyjątkowy i kazał ściągnąć z frontu część armii. Straż miejska bezradna, a bo i kretyni sami, to wiadomo – wojsko musi zrobić porządek. Pytanie jak odpowie Zarzewie i lojaliści Steffrona. Karty dobrze im się ułożyły. Ech, zagrałbym w gwinta” – pomyślał jeszcze, gdy gwardzista zastukał do drzwi prywatnej komnaty marszałka, by zbudzić adresata listów i którąś z jego licznych kochanek. 

Goniec do myśli o gwincie wracał potem dość często. Łudził się, że przysługiwać będzie mu ostatnie życzenie skazańca, że może nadarzy się okazja do ostatniej partyjki. ale marszałek widać na tyle był lekturą rozzłoszczony, że gniew nie przeszedł mu do świtu, kiedy na Plac Tysiąclecia prowadzono gońca i cztery okazałe karosze…


Mniej więcej w tym samym czasie zupełnie inny goniec, w zupełnie innym miejscu odwrócił się na obcasie po rozkazie “odejść, szerokiej drogi”. Drogę przed sobą w istocie miał długą, jednak wynagrodzony dyskretnie wręczonym mieszkiem postanowił przed wyruszeniem w trasę odpocząć. Nic nie nadawało się na to lepiej jak jedna z przygranicznych gospód. Najlepiej taka prowadząca dodatkowo zamtuz – stęsknił się bowiem za żoną wielce, więc kobieca dłoń z pewnością przyniesie nieco ulgi.

“Kto by się spodziewał… “ – pomyślał i pieszczotliwie poklepał strudzonego gniadosza po wysokim kłębie. – “Że ta nieduża Grzywa tak zajdzie za skórę władzom w Emersvort. Niby walczą o swoje, ale i przy tym wybijają “własnych” ludzi, posyłając ich na rzeź jak wieprze. No bo przecież jak inaczej nazwać te liczne ataki terroru, nawet na cywilach północnego pochodzenia? Albo chociaż samobójczą szarżę pod oblężonym Dorzeczem, której dowodził sir Albert de Morrow, zwany przez żołnierzy “Świstakiem”? “Świstak” przeżył, bo przyglądał się jedynie ze wzgórza rozgrywającemu się w dolinie dramatowi.”. Goniec samodzielnie oporządził wałacha po wprowadzeniu go do stajni. Znał własnego konia lepiej niż śliczną żonę i lepiej wiedział czego mu trzeba, zatem nigdy nie korzystał z obsługi stajennych. Dopiero po zostawieniu rzędu w depozycie zalecił dalszą opiekę nad zwierzęciem któremuś z chłopców. Stopy same poniosły mężczyznę do “Rozważnej i Romatycznej”, wobec czego uśmiechnął się pod nosem.

– “Czy na pewno tak samo rozważna – jak czytanie cudzych listów – była decyzja Enillydów o szukaniu sojuszników, na dodatek tak dalekich i niepewnych jak Dom Księżyca? Ten stary ród słynął z nieobliczalności, a już na pewno z brutalności.” – Goniec odpiął sprzączki pasa, który zarzucił sobie na ramieniu dla oszczędzaniu na czasie. Poluzował też wiązanie koszuli, aby szybciej zrzucić ją z grzbietu. – “I jeśli wierzyć tym doniesieniom, niepotwierdzonym jeszcze przecież, to Adalia w niedługim czasie albo przywdzieje suknie ślubną, albo dorzuci kolejnego narzeczonego do wdowiego wianuszka.” – i był to moment, w którym mężczyzna uznał, że wyjątkowo dziś nie poprosi o rudą dziwkę.


W przeciwieństwie do feralnego gońca my żyjemy i mamy się dobrze, zupełnie jak ten drugi. Wydarzeń fabularnych przez ostatnie miesiące było wiele, podobnie jak i większych i mniejszych zmian technicznych, o których w ogóle i szczególe przeczytać możecie na naszym kanale Discord na który niniejszym zapraszamy. Tajemnice Cintry nadal czekają na odkrycie.

Błogosławieni pokój czyniący

Boyko nie dbał już o ostrożność. Po prostu gnał przed siebie na złamanie karku. A ledwie wczoraj siedział spokojnie na ławce przy Pasażu Enillydów, patrząc na ciągnącą się do punktu werbunkowego kolejkę chętnych. Rekrutacja przebiegała w najlepsze. Co chwila ktoś wychodził, dzierżąc dokumenty z przydziału. Jeden do piechoty, drugi do zaopatrzenia, kolejny do łuczników. Szeroko zakrojona rekrutacja nie pozostawiała złudzeń. Wróg się zbroił. I jeszcze trochę mu zejdzie, zanim z tych rekrutów powstania jakakolwiek sensowna siła uderzeniowa. Jednak teraz pędził, nie dbając o smagające go gałązki drzew. Dziś nie dbał również za bardzo o wierzchowca. Miał jedynie nadzieję, że koń wytrzyma. Przez tych kilka lat wspólnej służby zdążył się przywiązać do gniadego wałacha, dlatego ilekroć zmuszał go do trzymania szaleńczego tempa, czuł nieprzyjemne ściskanie w żołądku. Ale nie dziś. Raz jeszcze odwrócił się kontrolnie, aby sprawdzić, czy nikt go nie goni. Nie gonił. Całkiem możliwe, że nikt w ogóle go nie zauważył, choć w cuda nie wierzył. Ledwo co uniknął spotkania z kolumną Czarnych, gdy musiał przeciąć główny trakt. Dlatego teraz zmuszał konia do morderczego biegu po wąskich, leśnych ścieżkach, znanych tylko nielicznym zwiadowcom i kłusownikom. Miał, być może, jeszcze godzinę. Godzinę na to, by dotrzeć do Dorzecza i ostrzec Donala przed zbliżającą się grupą nieprzyjaciela.

pięćdziesiąt trzy minuty później

Koń potężnie robił bokami. W zasadzie nie miało to już większego znaczenia. Boyko stanął na niewysokim wzgórzu, pod osłoną drzew. Przed sobą miał doskonały widok na Dorzecze. I na mrowie ludzi pod sztandarami Robyna ze Studnicy oraz Germota z Okola. Szczelnym kordonem otaczali wieś i zamek. Jedna z chałup była nadpalona, ale reszta stała nietknięta. Załoga zamku musiała zdecydować się na ryzykowny wypad za mury, bo kilkanaście trupów leżało nieopodal linii oblegających. Wojacy Robyna wspierani przez niewielki kontyngent Czarnych najwidoczniej dali sobie radę z kiepsko zorganizowanym kontratakiem.
-Skurwiel dopiął swego – mężczyzna rzucił pod nosem, patrząc na blisko dwumetrowego olbrzyma o gęstej brodzie, który radośnie pozdrawiał swoich podkomendnych, przechadzając się między oddziałami.
Boyko stał ze ściśniętym gardłem. Ciężkim spojrzeniem obrzucił teren przed sobą. Zaczęło się szybciej, niż się spodziewał. Szybciej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Jakim cudem nikt nie zauważył, że Vadenkamp szykuje atak? Jakim cudem błyskawicznie przerzucono wojska, nie pozostawiając żadnego czasu na reakcję? Czy ten oddział, który tak rozpaczliwie starał się przegonić, to po prostu dodatkowe siły strzegące sprzętu oblężniczego? Nie miał złudzeń, a w cuda przecież nie wierzył. To był doskonale zaplanowany i przeprowadzony atak. A co za tym idzie, wróg zapewne nie wypuścił nikogo poza linię oblężenia. Spojrzał jeszcze w niebo. Były tam. Ciemne kształt leniwie zataczały koła nad obozem oblegających. Jeden z nich runął nagle w kierunku czegoś znacznie mniejszego. Dokładnie tak, jak się spodziewał – sokoły. Łączność została odcięta.
-Wytrzymaj jeszcze trochę, przyjacielu. Jeszcze odrobinę – wspiął się na wierzchowca, który zarżał w cichym proteście, po czym trącił go piętami. – Musimy go ostrzec, mój drogi. Zarzewie nie jest tak daleko. Dasz radę. To być albo nie być dla Dorzecza. Diuk Steffron musi się o tym dowiedzieć jak najszybciej.

***

Młody Oktawian prowadził swą klacz blisko długiej kolumny uchodźców, która dotarła już niemal do granicy Grzywy. Przeprawa przez rzekę była trudna, bowiem dziesiątki Nordlingów niosło ze sobą dorobki życia spakowane w kilka worów. Nieliczni prowadzili juczne konie, co wcale nie ułatwiało sprawy, bo masywne bestie grzęzły w mieliźnie. Musieli obrać okrężną drogę, aby trzymać się z dala od głównego traktu. Tak zadecydował brat Aleksander Vengenberski zwany Cyklopem, który prowadził uchodźców odkąd tylko opuścili Emersvort. Oktawian uznał to za niepotrzebne utrudnienie, bo przecież nawet Nilfgaardczycy nie zaniżyliby się do atakowania bezbronnych pielgrzymów, mimo że towarzyszyli im Rycerze Zakonu Białej Róży. Rycerze byli bowiem gośćmi sióstr Melitele w klasztorze przy Emersvort.

Kolumna podróżowała południowym szlakiem i w końcu miała wrócić na właściwą sciężkę odbijając na wschód, jednak po drodze znajdowało się Dorzecze, które od kilku dni było oblegane przez Filipa Vadenkampa. Oktawian nie miał pojęcia jaki plan miał dowódca, ale nie miał też zamiaru pytać. Cyklop nie zwykł tłumaczyć się przed braćmi, którzy nie przyjęli jeszcze ślubów zakonnych i właściwie odzywał się do nich tylko wtedy, kiedy wydawał rozkazy.

Młody Oktawian popatrzył po skrytych pod osłoną nocy pielgrzymach i zdusił w sobie chęć rzucenia kilku obelg. Gardził większością z nich. Nie kobietami, nie dziećmi, nie starcami, ale tymi nędznymi kreaturami w sile wieku, które przesiedziały tłuste lata za bezpiecznymi murami stolicy i jedli Nilfgaardczykom z ręki, póki nie zrobiło się naprawdę niebezpiecznie. Teraz nagle będą szukać schronienia w górskim Zarzewiu, kajać się przed Steffronem i zapewniać o lojalności. Oktawian widział już podobne sceny i za każdym razem robiło mu się niedobrze. A Zarzewie nie było przyjaznym miejscem. Na widok Czarnego, elfa lub nawet podejrzanie wyglądającego nieznajomego, strażnicy Steffrona najpierw wypuszczali strzały z łuków i dopiero potem zadawali pytania. I bardzo dobrze, pomyślał młody Oktawian, a następnie pogrążył się w zadumie o przyjęciu ślubów, powrocie do Aranfortu i wzięciu udziału w walkach, których tak bardzo nie mógł się doczekać.

Z natłoku myśli i planów wyrwał go oślepiający błysk. Próbując uspokoić wystraszoną klacz otworzył oczy i ujrzał rozświetlone na biało niebo. Choć słońce trzy godziny temu schowało się za horyzontem, teraz, przez kilka chwil, cała okolica była widoczna tak samo jak dobrze jak za dnia – każda sylwetka w kolumnie uchodźców, każda gałąź na drzewie i każdy kwiat na pobliskiej polanie. Nim światło zdążyło zgasnąć, młody Oktawian zorientował się, że traci kontrolę nad wierzchowcem. Krótko potem poczuł mocne szarpnięcie i wiedział już, że spada. Nie spadał jednak sam, bo i klacz runęła na ziemię – bogom dzięki – nie na młodego Oktawiana. W tej samej chwili cała pielgrzymka została strącona z nóg, a pobliskie drzewa zakołysały się złowieszczo. Fala była tak silna, że liczne gałęzie oderwały się od nich z głośnym trzaskiem.
Wtedy też przerażający huk zagłuszył paniczne krzyki pielgrzymów oraz polecenia zachowania spokoju donośnie wydawane przez Cyklopa. Młody Oktawian wiedział już, że był to huk wywołany eksplozją. We własnej krótkotrwałej panice pomyślał o elfich bojówkarzach oraz ich granatach, więc sięgnął po broń, jednak szybko dostrzegł kolejne światło, tym razem odległe i trwałe. Na południu, gdzieś za zamkiem przy Studnicy unosił się żółtobiały obłok. Młody Oktawian pierwszy raz widział, aby chmura powstała po wybuchu przybrała kształt wielkiego grzyba.