Ostatni List

– Usiądź, Luna. Najlepiej tutaj. – Dziesiętnik Aespar, wskazała jasnowłosej kanapę za kamiennym, ciężkim stołem. Twarz miała nieco bledszą niż zwykle, ściągniętą nienaturalnie w grymasie niepokoju. – Po powrocie z Fortu Fireta, czekały na mnie dwa listy. Jeden od ciebie, drugi zaś…

Wychyliła się nieco, wyjmując ze skrzyni, wygnieciony rulon pergaminu ze złamaną już pieczęcią. Obróciła go w palcach. Dłonie zadrżały jej ledwo zauważalnie. Po chwili namysłu, podała dziewczynie list, ta zaś prawie wyrwała jej go z ręki. Znała tą pieczęć, aż nazbyt dobrze. Swojego czasu widywała ją przecież niemal codziennie. W pośpiechu prześlizgnęła się spojrzeniem po zapisanych czerwonym inkaustem słowach. Podniosła przerażone spojrzenie na kobietę w mundurze Białej Mańki by za chwilę na powrót zanurkować w plątaninie nie do końca jasnej treści.

– Nie może odejść, ale… – wyszeptała sama do siebie, brwi lekko ściągając – pożegnał się?

– Nie napisał wprost. – Głos Berii zabrzmiał wyjątkowo obco. Zwyczajowo blada twarz młodej dziewczyny, zbielała nagle jeszcze mocniej, upodabniając ją teraz bardziej do cmentarnego widziadła niż do człowieka. Zerwała się gwałtownie z kanapy, tamta zaś zaraz za nią, nie zdążywszy zadać kłębiącego się w jej głowie pytania. Trzasnęły drzwi a w biurze Dziesiętnik Aespar zapadła cisza, przerywana jedynie, miarowym cykaniem, zawieszonego na ścianie zegara.

 

***

 

– Co się dzieje?! – Zawołał Wojciech za dwiema pędzącymi po ulicy kobietami. Nie doczekał się odpowiedzi, jednak intuicja podpowiedziała mu, że powinien za nimi pobiec. Nie mylił się. Minęli zakład alchemika, skręcając za nim w wąską, brukowaną uliczkę. Schody pokonali jednym susem, zatrzymując się pod drzwiami z błękitnym szyldem „Mec. Oculo – Królewski Śledczy”. Zamek w drzwiach był wyłamany. Zawiasy zajęczały żałośnie, kiedy jasnowłosa kobieta pociągnęła je do siebie. Sznur skrzypiał z lekka pod jego ciężarem. Twarz miał spokojną, zastygłą jak w śnie, którego nic już nie było w stanie przerwać. Ani dotyk, ani płacz, ani nawet wrzask dziewczyny, która chwyciwszy go za nogi, usiłowała podnieść ku górze. Na skrzyni wysuniętej na środek pokoju leżał kapelusz z ozdobną klamrą. Brązowy, nieco już wysłużony, z lekko wygniecionym rondem. Wielokrotnie unoszony w gestach milczących powitań i licznych pozdrowień. Zsunął się powoli z wieka, szturchniętej ciężkim butem skrzyni, jak w ostatnim, pożegnalnym uchyleniu…

 

Autorką tekstu jest jedna z graczek