Wyspa Tajemnic

„Pewien średnio zamożny mężczyzna, mieszkaniec Oxenfurtu, postanowił zrobić porządki w swoim mieszkaniu. Nie tyle nawet postanowił, co był wręcz do tego zmuszony. Najprawdopodobniej odłożyłby to jak zwykle w czasie, lecz po izbie nie dało się już chodzić. Gdzie okiem sięgnąć leżały zwinięte, pogniecione ubrania, obgryzione do cna kostki, zaschnięte ogryzki oraz zgniecione kartki papieru. Bałagan ten rozrastał się przez ostatnie dwa miesiące, w których to młody bakałarz miał ważniejsze rzeczy do roboty niż sprzątanie. Otóż Resard bez reszty oddał się swojej pasji. Jego ulubionym zajęciem było czytanie książek poświęconych historii a szczególnie takich, które balansowały już na granicy zbiorów mitów i legend. Początkowo mężczyzna przystąpił do wiosennych porządków z wielkim zapałem, który malał z każdą chwilą. W pewnym momencie jego spojrzenie padło na stare tomiszcze, wygrzebane spod sterty ubrań. Serce zamarło mu na chwile, gdy przeczytał tytuł, „Tedd Inis – Wyspa Tajemnic”. Książka ta była gruba, zniszczona, najprawdopodobniej należała do jego prapradziadka. Resard bardzo ucieszył się z własnego znaleziska i ochoczo zaniechał dalszych porządków na rzecz lektury. Czytał ją nieprzerwanie przez kolejne dni, robiąc jedynie krótkie przerwy na sen, kiedy powieki stawały się już zbyt ciężkie, by nad nimi zapanować. Najwięcej uwagi poświęcał notatkom prapradziadka, skrzętnie sporządzanym na bokach kart, które według niego wnosiły więcej niż sama książka. Wpisy te niosły ze sobą woń wspomnień człowieka, który na własne oczy widział ostatnie dni miejsca, którego istnienie wkłada się już dziś między bajki. Ostatni wpis wrył się w jego pamięć już po pierwszym przeczytaniu.
„… Było ich zwyczajnie za mało. Chodzi mi o tych, którzy zajęli się sprawą. Prawda to, że tęgie to były umysły i od Czarnych i od nas. Lecz zwyczajnie nikt się tym nie przejął. Gdy tamci w końcu wyszli z lasów, było już za późno.
W listopadzie 1287 jawnym stało się, że wyspa jest odcięta. Ogłoszono to publicznie. Wcześniej dało się dostrzec możnych, którzy schędażali w ciszy. Kiedy tylko zaczęło robić się gorąco, Namiestnik odesłał swoją wnuczkę na kontynent, a sam został na swoim urzędzie. Do dziś zastanawiam się czyśmy go źle nie ocenili. Gdy ogłoszono kwarantanne, wybuch zamieszania i paniki był tylko kwestią czasu. Doszło do walk, bo jak miało nie dojść? Port został szybko zabezpieczony. Okazało się, że ten cały markiz, od burdelu, był cały czas agentem Saavedry. Jakby nigdy nic, wskazał kogo trzeba zamknąć, aby zapanował względny spokój. Był lepiej doinformowany niż nilfgaardzki szef wywiadu. Minął tydzień i gdzieniegdzie gadano, że już się uspokoiło, lecz niezbyt długo cieszyliśmy się owym spokojem.
Pogrzebany w naszej pamięcie Holkroft zmartwychwstał i wyszedł z ukrycia… Był zarażony. Choroba z Lasu Samobójców doszczętnie odebrała mu resztki zdrowego rozsądku, a mimo to stał na czele oddziału, który wyjechał z lasów. Były z nim elfy z Virhedd, krasnoludy w pordzewiałych zapomnieniem zbrojach, opętany szaleństwem konny rycerz w kościanej masce, a nawet ludzie Damy. Wszyscy odmienieni. Zaatakowali szybko, brutalnie i na oślep. Spalili wszystko na swojej drodze aż do murów Szarogrodu. Czarni stawiali im opór, jednak jak można skutecznie walczyć z czymś, co mimo utraty ręki dalej rozdaje razy? Posiłki z innych fortów nigdy nie dotarły. Nie wiem co się z nimi stało, ale odmieniony rotmistrz Euler walczył przeciw nam u boku innych zarażonych.
Odparliśmy pierwszy atak na mury. Tak, mówię „my” ponieważ wtedy już wszyscy walczyli. Nie było rebeliantów i najeźdżców, szarogrodzian i nilfgaardczyków, czarnych i Nordlingów. Ludzie dzielili się już tylko na „nas” i „tamtych”. Drugiego dnia, kanałami do miasta wrócił młody diuk wraz z resztką rebeliantów. Towarzyszył mu mag Istredd, Rojs oraz Patia. Namiestnik przyjął ich na zamku ojca Diuka Dawida. Uwolnił też jego brata.
Nie wiem, co zostało tam powiedziane. Nie wiem, kto kogo przekonywał, kto i jak intensywnie się tłumaczył. Wiem tylko tyle, że następnego dnia powieszono starego Rennarda a rebelianci wsparli nas na murach. Zasypano kanały. Zbudowano barykady, do których mieliśmy się cofać w razie zdobycia murów. Broniliśmy się kolejne dwa dni, szło nam dobrze, aż wysadzono mur w slamsach.
Dama dała o sobie znać. Ona i jej ludzie, karmili się chęcią zemsty, która była dla nich cenniejsza niż własne życie. Była gotowa zgładzić nas wszystkich, aby dostać tych paru elfów i czarnych w swoje ręce.
Ja… Walczyłem wtedy przy głównej bramie. Dostałem czymś w głowę. Od tamtej chwili pamiętam tylko przebłyski. Przenieśli mnie na tyły. Kiedy ciemność mojej świadomości, zaczęła się nieco rozjaśniać, niebo przecinały już płonące pociski wystrzeliwane ze statków. Ktoś zdecydował się na ostateczne rozwiązanie. Nie wiem, jak udało nam się opuścić miasto, ale statek który nas zabrał nie cumował przy Szarogrodzie. Okazało się, że nie ma takiego kordonu, którego nie da się przekupić ogromnymi pieniędzmi. Namiestnik… Do końca wierzył, że się obronimy. Chciał na tej wyspie zbudować coś nowego, stworzyć nowy świat. Sądzę, że i tak by się nie udało, nie z nami, nie po tym wszystkim.
Lata historii okraszonej krwią, miłością, nienawiścią, historii usłanej śmiercią, jak i tej dającej życie i jego sens – wszystko ginęło w zapomnieniu trawiącego wyspę ognia. Płonęła cała a statki mimo to ciskały w nią ogniste pociski. Magowie dołożyli swoje, nawet sam Istredd. Zarażeni nie ratowali się, nie skakali do wody, stali tylko na brzegu i patrzyli w naszą stronę tak długo, aż strawił ich ogień. Gdy byliśmy już daleko, tak daleko, że zamiast zarysu Tedd Inis było widać jedynie unoszący się nad nią dym, od strony wyspy rozległ się wrzask, tak potężny iż obalił nas na pokład.
Do dziś nie wiem co to było, ale wspomnienie tego wrzasku zostało ze mną do dziś. A po twarzach tych co przeżyli widziałem, że i oni nieść będą ze sobą wspomnienie tego koszmaru do końca swoich dni.
Teraz Tedd Inis to zapewne skorupa… Pozbawiona życia, goła, spękana skała. Czasami znów owiewają ją mgły, a jej tajemnice trwają już tylko w tych, którzy mogą ją jeszcze pamiętać.”

 

 

***

Kochani, zakończył się właśnie ostatni rozdział Tedd Inis. Wraz z zamknięciem historii wyspy następuje tymczasowe zamknięcie serwera Tajemnic Cintry, a ekipa skupia swoje siły nad ogłaszanym już projekcie. Każdy kolejny news będzie zapowiedzią całkowicie nowej odsłony. Dziękujemy za wspólne lata spędzone na Tedd Inis – były raz piękne, raz burzliwe, ale zapewne każdy z nas wyniósł zeń spory kawał wspomnień. 

Leave a comment

ERROR?

Strona moze sie dziwnie zachowywac momentami. Techniczny przeglad.

Leave a comment

Wyznanie dezertera

 

– Jeszcze piwa dajcie! – mężczyzna zawołał do burdelmamy, unosząc chwiejnie rękę. Zaraz potem zwrócił się już ciszej do swojego kompana, który kołysał się na ławie, jakby cały zamtuz był łajbą przecinającą sztormowe fale – Co ten Heinke jeszcze gadał?

– Deze..erter. Ten efl co sspierdolił. Jebany skoczył do rzeki. Ha!

– Jak Dama zagoniła Holkrofta do Lasu Samobójców?

– Ta. Tak ich rozjebała… Że oberszter nie miał wyjścia. Musieli do niego wje… – czknął – wjechać. On i to co zostało z jego eeee… Oddziału. Tak mówił.

– Ładnie – dopił to, co mu w glinianym kubku zostało – Komando elfów wycięła jak zboże. Holkroft uciekł. Ciężkiej konnicy jak nie było, tak nie ma. Śmierdzi mi to gównem, szeregowy.

– Pij i chędoż, jakby jutra miało nie być! – wydarł się – To najlepszy przepis na ten wieczór.

– Obawiam się, że nie tylko na ten…

 

Leave a comment

Łowcy nagród

Mężczyzna z młotkiem w ręce i torbą wypełnioną rulonami przybił do słupa kolejne ogłoszenie zakrywając tym samym list gończy, który wisiał tam już wcześniej.

– Panie! Obok się nie dało?!

– Nie. Taki przykaz. Nagrodę zwiększyli za łeb tego „Sędziego” to i nowe listy kazali porozwieszać.

– I ile tera dają?

– Całe dziesięć florenów. Za żywego lub martwego.

– A to wojskowe se nie radzą, że wolą zapłacić niż samemu polowanie urządzić, a?

– Wydaje mi się, że… – młody wysłannik miejskiego skryby, schował młotek do torby – wolą kogoś sobie od brudnej roboty znaleźć. Zwłaszcza że ten konny ponoć jakiś pochorowany.

– Czyli to nie nagroda. Jeno przynęta na naiwnych głupców.

– Może, może…

* W imieniu miłościwie panującego nam Namiestnika, ogłasza się co następuje: za schwytanie jeźdźca w kościanej masce, czeka nagroda w wysokości 100 orenów, którą temu kto pochwycenia dokona, sam Alvaro de Saavedra wręczy.*

Leave a comment

Niewolnicy

 

Szli za sobą w szeregu jak zwierzęta poganiane co rusz świszczącym w powietrzu batem. Zgoniono ich z pokładu wyspiarskiego drakkaru, który dopiero co przybił do portu Fortalegris i zapędzono do klatki wyściełanej słomą jak dla zwykłego bydła. Nie walczyli. Nie protestowali. Nie unosili głów zbyt wysoko w obawie przed rozdzierającym skórę batem rosłego handlarza, odzianego w bogate futra. Angus Haalbjorn pozostawał niewzruszony, a jeśli jakakolwiek emocja wykrzywiała jego ogorzałą od słońca i wiatru twarz to zdecydowanie bliżej jej było do pogardy niż choćby cienia współczucia. Dopełnił formalności związanych z dostawą i wrócił do swojego biura jakby nigdy nic. Ot, kolejna udana, napełniająca sakwę przyjemnym brzęczeniem monet transakcja.

 

Od dzisiaj w Fortalegris, uprzywilejowani mieszkańcy mogą wejść w posiadanie własnego niewolnika! Ceny uwarunkowane są predyspozycjami, wiekiem i umiejętnościami danego osobnika.

Leave a comment

Wietrzenie cesarskich magazynów

 

– Patrzaj co żem kupił. – Długobrody parobek ułożył na dłoni kolczyki z drewnianych, malowanych paciorków.

– Dla mojej starej.

– Kupił czy ukradł? – zarechotał ten drugi, przesuwając bliżej ściany skrzynię pełną obtłuczonych z lekka jabłek.

– Nie dworuj sobie. Prawie pół florena mnie to kosztowało. Chciałem jej i tę chustę dobrać, ale jeszcze by się przyzwyczaiła i bym musiał za miskę kaszy podarki jej znosić. Słyszałeś ile za te zlicytowane skrzynie zapłacili? Czarny to nie wiem, ale rudy lżejszy wyszedł o prawie cztery floreny, a uszaty ponad pięć.

– Ciekawe co tam było w środku.

– Śmieci pewno. Bo i co mogło być w takich starych skrzyniach?

 

* Od 5.08.1287 w cesarskich magazynach portowych, można nabyć wiele ciekawych i przydatnych towarów, wykonywanych głównie przez miejscowych rzemieślników! Między innymi narzędzia, meble i dekoracje. Towary są uzupełniane na bieżąco. Asortyment jest zmienny, warto więc regularnie odwiedzać naszych magazynierów! *

Leave a comment

Wiadomość

Szturchany co rusz piętami w miękkie cisawy konik zapienił się przy wędzidle. Tętent uderzających o trakt kopyt dudnił jeźdźcowi nieprzyjemnie w uszach. A może to nie odgłosy cwału, a miarowo pulsująca mu w uszach krew?
Anton nie był doświadczonym gońcem. Omal więc nie zemdlał, kiedy pierwsza poważna wiadomość, którą przyszło mu przekazać, okazała się aż tak dramatyczna.
Strażnicy dostrzegli go już z daleka i natychmiast otworzyli bramy. Chłopak popędził młodego ogierka przez most nad kanałem i skręcił w stronę rynku.
Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Na pytające spojrzenie strażnika otwierającego mu kratę goniec odpowiedział niemal histerycznym wykrzyczeniem całej wiadomości, którą niósł spod Gotterstein.
 
Niedługo po tym w dziwnych okolicznościach aresztowano mieszczan pod urzędem uciszając tym samym małe zamieszanie, które wstrząsnęło ludźmi po usłyszeniu słów cesarskiego gońca. Strażnicy na powrót objęli swoje posterunki i nikt z zebranych nie wspomniał już słowem ani o zlanym potem gońcu na wymęczonym ogierku, ani o wieściach, które ze sobą przyniósł, ani o zatrzymanych świadkach owego przekazu.
Leave a comment

Glaeddyvan vort!

Stali tak we trójkę mierząc do siebie nawzajem i licząc po cichu na to, że to przeciwna strona pierwsza zdecyduje się opuścić łuk. Niebo chmurzyło się od północy niosąc ze sobą zapowiedź niechybnie zbliżającej się ulewy.
– Jeszcze krok i zostanie nas dwóch – mężczyzna wbijał spojrzenie w jasnowłosego elfa gotów w każdej chwili puścić napiętą cięciwę. Nie wodził wzrokiem między swoimi przeciwnikami, skupił się tylko na tym bliżej siebie.
– A potem już tylko jeden. – Drugi z elfów celował w mężczyznę od boku. Trafiłby. Był tego pewien. Czekał tylko na znak od swojego dowódcy.
Żadnego znaku jednak się nie doczekał. Donośne ujadanie psów dobiegło ich uszu już po raz kolejny. Tym razem było bliżej. Zbyt blisko.
Pot zrosił obficie czoło i skronie człowieka. Zapadła niepokojąca cisza. Trwała zaledwie chwilę jednak tropicielowi wydawało się, iż ciągnie się ona w nieskończoność. Między drzewami trzasnęła gałąź.
– W nogi!
 
Opuścili łuki jednocześnie rzucając się do ucieczki. Nie miało już znaczenia kto do kogo mierzył, kto pierwszy naciągnął cięciwę, ani jaki sens słów uleciał wraz ze wzmagającym się w dolinie wiatrem.
Nie w tej chwili.
Nie po tym co przyszło im zobaczyć.
Leave a comment

Dwa miecze

Radomir nie miał wcale lekkiego snu. Lata mieszkania w wynajmowanej na stryszku izbie w samym sercu portu uczyniły jego sen nadzwyczaj głębokim. I tak Radomira nie wzruszały już głośne nawoływania magazynierów z pobliskiego konsorcjum, bełkotliwe krzyki marynarzy topiących swoje dole w chrzczonych kwartach piwa czy też mało przekonujące jęki rozkoszy zapracowanych dziwek.Jednak woda kapiąca z przeciekającego dachu prosto na jego wysłużony siennik nijak nie współgrała tej nocy z twardym snem. Kiedy więc krótki, kobiecy krzyk przedarł się przez szum ulewy, Radomir dźwignął się ze swojego posłania i podszedł do okna. Uliczne lampy rzucały liche, rozmigotane światło na pobliskie domostwo, przy którym stały dwa juczniaki. Te zaś, przytroczone uwiązami do słupka, rżały przebierając co rusz nogami w miejscu. Radomir dopiero po chwili zrozumiał istotę owego niepokoju. Na ziemi, obok skulonego kształtu czarnowłosej kobiety leżała paląca się wciąż pochodnia. W pierwszym odruchu pomyślał nawet, że winien zejść na dół sprawdzić czy kobieta zdążyła już wyzionąć ducha, jednak porzucił tą myśl w chwili, kiedy na jej żołnierskiej tunice dostrzegł złoty haft w kształcie słońca. Bułana kobyłka chrapnęła głośno i położyła uszy po łbie. Tuż obok niej, jakby z samego cienia, wyłonił się zakapturzony człowiek – najpewniej mężczyzna. Dwa miecze bujały się leniwie w rytm jego kroków. Nie spieszył się wcale. Minął ciało nieprzytomnej strażniczki i równie nagle jak się pojawił zniknął za rogiem murowanego budynku i tyle go Radomir widział.
– Nie ten miecz, Panie wiedźmak -mruknął do siebie przyglądając się kobiecie, która poruszyła niemrawo ręką odzyskując przytomność – To nie ludzie. Na nich trza miecza na potwory.
Wszystkie osoby posiadające informacje o zakapturzonym mężczyźnie z dwoma mieczami na plecach proszone są o zgłoszenie się do straży.
Leave a comment

Cisza przed burzą

„Pamiętasz? Dymiące się mgły i chłód nocy dopiero co zwijającej swoje pochmurne żagle, ustępując miejsca dniu, który wkrótce miał nadejść. Jednak tego poranka to nie słońce pojawiło się na horyzoncie pierwsze. Cienie zamajaczyły w oddali nieznośnie szybko malując swoje złowrogie kształty na tle jaśniejącego nieba. Żagle rozpostarte jak skrzydła czarnych ptaków. Nie było już odwrotu, nie było czasu na zastanawianie się co dalej – byliśmy tylko my i oni w tej nierównej walce o resztki godności…
Port bronił się długo, choć…Czy można mówić „długo” o cząstce czasu wyrwanej z tej godziny, która przekreśliła wszystkie nasze plany na przyszłość? Statek ze swoją „strażą”, marynarze i rybacy, handlarze, a nawet co niektóre portowe dziwki – stanęli ramię w ramię, choć nie mieli żadnych szans by wyjść z tej potyczki w jednym kawałku. Stjepan Lipski, któż by pomyślał, prawda? Większość ratowała się jednak ucieczką, inni barykadowali się w domach, zamykając drzwi jak przedstawiciele konsorcjum „Północne Słońce”, którzy w najmniejszym stopniu nie zamierzali brać udziału w bitwie o port.
Widziałem „Błękitną Mewę”, przedzierającą się przez szyk czarnych żagli. Pamiętasz czyj to galeon? Zawsze wiedziałem, że on wyjdzie cało z każdej opresji. Tym razem nie było inaczej.

– W tamtym rogu. – mężczyzna wyglądający na kogoś chwilę po trzydziestce, wskazał palcem miejsce przy solidnym, rzeźbionym bogato regale. Trzech drabów odstawiło ostrożnie antyczny posąg syreny. Alvaro de Saavedra poruszył ustami, cmokając przy tym nieznacznie. – Nie. Zdecydowanie nie tutaj. Tam. Przy śpiącej lutni Essi Daven.
Mężczyźni stękając i dysząc przestawili posąg we wskazane miejsce, blisko okna, tuż przy półce na której spoczywała wiekowa lutnia. Ułożona na czerwonej, wykańczanej złotymi nićmi poduszce faktycznie wyglądała jakby spała, czekając aż ktoś ją z owego snu wreszcie zbudzi wprawnym ruchem palców.
– Coś jeszcze, namiestniku? – największy z Gemmerczyków, zatknął kciuk za pas i spojrzał na wspomnianego.
– Nie. Możecie odejść.

Kiedy tylko drzwi gabinetu zamknęły się za nimi spojrzeli po sobie z dziwnie wykrzywionymi minami.
– Jebany fircyk. – mężczyzna w czarnej opasce przytrzymującej jego tłuste, kręcone kudły splunął na posadzkę zamkowego korytarza. – Mógłby kupić tą chędożoną wyspę i wyłożyć jej ścieżki złotem. Miałem urywać łby, a nie nosić jego wypchane, śmierdzące trupem zwierzęta.
– Jak będzie chciał, Assem – odezwał się ten trzeci, głosem ociekającym opanowaniem, brzmiącym wręcz monotonnie – to objedziesz zamek na jednym z tych wypchanych pchlarzy z zawiązaną na głowie kokardką. Rozumiesz? Dopóki płaci. A płaci dobrze.

Nie odpowiedział. Splunął ponownie na podłogę i ruszył przed siebie.

Godzina.
Nie więcej.
Bramy zamku La Valette otworzyły się przed nimi na oścież, nie musieli się nawet specjalnie wysilać. Król, nasz wspaniały król, nie ugiął kolan. Słaby, wymęczony chorobą i tęsknotą za matką swoich dzieci stanął do walki z Credem Rennardem, jak niegdyś mniemał – najwierniejszym sojusznikiem królestwa. Poległ z jego ręki.
Zbigniew Rojs ratując diuka Dawida wciągnął go do portalu otworzonego przez Istredda z Aed Gynvael. Rozumiesz to? Jesteś w stanie wyobrazić sobie jak potężny duch walki zrodził się w tym młodym człowieku widząc ciało ojca spoczywające bezwładnie w szkarłatnej kałuży krwi? Rojs wraz ze swoim ochroniarzem wciągali go do portalu siłą. Są na wyspie, to pewne. Cesarscy magowie nieustannie ją monitorują. Są na wyspie… I chyba właśnie ta myśl tak bardzo zagrzewa do walki podziemie. Wierzą, że diuk, którego tak kochali żyje i bez wątpienia wróci by pomóc im odzyskać swoje ziemie. Utożsamiają się z nim. Stracił ojca, matka najpewniej zginęła podczas temerskiej obławy na Czarną Koronę. Był i jest jednym z nich, jednym z…nas.

A wszystko za sprawą Malegana var Dassl. Nie, nie znasz go pod tym imieniem. Tu w Szarogrodzie działał jako Dermod – miejski śledczy i jeden z przedstawicieli rady. To on namówił Creda Rennarda do zdrady, on zbierał informacje o wszystkim co dzieje się wewnątrz murów.
To on od początku był zdrajcą…

Innych członków Rady powieszono przed bramami miasta. Wszystkich prócz dwóch, jedynych w radzie kobiet. Vanessa Beaumont, której ponoć udało się uciec kiedy tylko pierwsze statki nieprzyjaciela wpłynęły na pobliskie wody, poszukiwana jest do dziś – żywa lub martwa. Cesarstwo zaś wyznaczyło nagrodę za jej odnalezienie.
Lunę Ravenau wprawdzie skazano na śmierć przez powieszenie w publicznej egzekucji, jednak z jakiegoś powodu w ostatniej chwili decyzję zmieniono. Plotki głoszą iż zamknięto ją w dawnej „Jaskini”, którą Cesarstwo przekształciło w więzienie i przybywa tam do chwili obecnej.

– Tak, Panie Bredvick?
– Złamała się.
– Jesteście pewni?
– Tym razem nie oszukuje. – siwiejący już blondyn w kwiecie wieku oblizał zęby w zastanowieniu, lubieżnym dość gestem – Jest gotowa. Możecie po niego posłać. Będzie posłuszna. – odwrócił się by wyjść, jednak zatrzymał się jeszcze na moment rzucając przez ramię w trakcie poprawiania grubych, skórzanych rękawic – A jak jej nie zechce, to sprzedać na targu albo w zamtuzie. Nie możemy być przecież stratni.

Dwa dni.
Dwa dni i cała wyspa zrzuciła czarne lilie z flag, rozświetlając je symbolami słońca.
Pod panowaniem Nilfgaardzkim na wyspie sytuacja elfów zmieniła się diametralnie. Mając w pamięci zwrócenie im Doliny Kwiatów przez Emhyra var Emreisa wyszli z cienia, po raz kolejny wspierając okupanta. W myśl zawartego paktu, nadano im na własność część lasów na wyspie i stracono wszystkich przedstawicieli nieludzi, którzy zajmowali wyższe stanowiska urzędnicze i państwowe.

– Popatrz tam kurwa! – kiwnął brodą w stronę pól, wyraźne wściekły i zdeterminowany – Rozszarpią was jak wygłodniałe psy. Możesz nas pozamykać albo wcisnąć sobie w dupę wszystko w co dotąd wierzyłeś, bo zaręczam Ci, że i tak tu dziś zginiemy. Pytanie tylko, setniku, czy w walce czy na kolanach?
Ciemne spojrzenie poruszonych emocją oczu Wolfa Monforta, wlepione było w twarz mężczyzny w błękitnym, szarogrodzkim talbardzie. Mężczyzny, który trzymał ostrze swojego miecza tuż przy jego gardle.
Setnik nie poruszył ręką, nie zawahał się, choć jego twarz zdradzała, że doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji. Rzucił krótkie spojrzenie za blanki Gotterstein.
Czarna jak smoła fala postaci w skrzydlatych hełmach, płynęła w ich stronę nieubłaganie.
Chciał to przemyśleć, zastanowić się, ale… Nie miał czasu. Opuścił miecz i kiwnął na swoich ludzi by uwolnili tych kilku nieodbitków z Czarnej korony.
Monfort wstał powoli, skinął setnikowi ruchem głowy tak znikomym, że można byłoby go nie zauważyć, po czym odwrócił się powoli i sam popatrzył za mury. Stali tak we dwóch, ramię w ramię, nic nie mówiąc. W chwili takiej ja ta, nie potrzeba niczego wyjaśniać. Nie potrzeba wyniosłych rozmów. Wystarczy patrzeć.

Umierali jak bohaterowie. W walce, nie na kolanach.

Stosy rozświetlały noce jaśniej niż zawieszony na niebie księżyc. Przed pojawieniem się tu ichniejszego namiestnika egzekucje były masowe. Popatrz jak marne jest życie… Nie ważne czy powieszono cię na szafocie, czy odrąbano głowę katowskim toporem – wszystkich i tak ostatecznie dosięgnął ten sam płomień, niosąc niewypowiedziane słowa skargi wraz z ciemnym, wzbijającym się pod niebo dymem. A Nilfgaard nie wybacza zniewagi. Jednego szlachcica powieszono miast ściąć, tylko za to, że trzymał w szafie kilka tomów literatury obrażającej cesarza. Pamiętaj przyjacielu, Nilfgaard nie wybacza…

Nie mówi się o tym zbyt wiele, ale czuć coś w powietrzu. I nie jest to swąd palonych ciał. To niepokój przyjacielu. Jesteśmy chorzy…Wszyscy jesteśmy chorzy tęsknotą za wolnością, chorzy nienawiścią i pragnieniem zemsty. A las? Las choruje dłużej od nas z tą różnicą, że dla nas przyjacielu, dla nas jest jeszcze nadzieja. Ta wyspa umrze. Umrze las a wraz z nim Ci, którzy nie zdążą uciec i postradają zmysły. Zobacz… Nawet druidzi nie dali rady – dzieci drzew, synowie i córki natury. Ich też las nie posłuchał. Pamiętasz Dessylyn? Niska, rude włosy… Była jedną z nich. Ślad po niej zaginął tak jak i zaginie wkrótce po nas.

– Nie umiem tego wyjaśnić. – Johan Nusbaum odsunął od siebie stosy papierów gestem pełnym rezygnacji. Część z nich sfrunęła na podłogę. – Nie umiem.
Magowie zgromadzeni w biurze popatrzyli po sobie nic nie mówiąc. Atmosfera była niemalże namacalna w swojej ciężkości. Cisza gryzła ich po uszach, dopóki człowiek w pozłacanej masce nie odezwał się ponownie.
– Najważniejsze…Najważniejsze na tę chwilę jest to, że chorobę udało się jakimś cudem spowolnić. – podjął powoli. Głos miał przytłumiony metalem maski którą nosił, bynajmniej nie z powodu własnych fanaberii. – Ale to nie jest sukces. To nie powód do zachwytów. Las umiera a jedyne co udało się nam osiągnąć to cały ten proces odłożyć w czasie. I co z tego? Czy sprawiło to, iż rozumiemy coś więcej? Sprawiło? – kiwnął na najbliższego mężczyznę, sugerując, że to jego wytypował do odpowiedzi. Tamten jednak, pokręcił tylko głową. – Nie sprawiło. – odpowiedział za niego, tonem nieco spokojniejszym, choć wcale na spokojnego w tej chwili nie wyglądał – Pracujcie dalej.

Przyszła wiosna przyjacielu. Maj…Majową porą, na Belleteyn płoną ognie na Wzgórzu Sodden. A na Tedd Inis zapłonęły stosy ciał, ale i one z czasem zaczęły wygasać. Coraz mniej krzyków na ulicach, coraz mniej blasku w spojrzeniach mijanych ludzi. Ale nie martw się. Oni jeszcze nie wiedzą…Nie mają pojęcia, że królestwo wcale się nie poddało i choć usta powtarzają „Chwala Cesarzowi” to serce krzyczy „Jedyny Król!”.

To tylko cisza przed burzą. A niebo już się chmurzy…”

Leave a comment